Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Moja historia porodu


 4 sierpnia o godzinie 10:45 trafiłam na salę porodową. Chwilę później przyszła pielęgniarka, zapytała, czy chcę mieć wykonaną lewatywę. Zgodziłam się, tak doradzała Nam położna na szkole rodzenia i szczerze powiem, że bardzo ciesze się, że miałam ją zrobioną :) przy dużym wysiłku różne rzeczy mogły się zdarzyć :P Po całej akcji z lewatywą pielęgniarka zaprosiła mnie do łóżka i założyła wenflon, przez który miałam mieć podaną kroplówkę z oksytocyną. Miałam również zalecenie, aby co godzinę mierzyć poziom glukozy we krwi i wynik podawać pielęgniarkom bądź położnym. Około 11:30 przyszedł mąż, lekko blady i ze wszystkimi torbami :) 

Położna pojawiła się zaraz po moim mężu i zapytała, czy czuje jakieś skurcze. Musiałam się mocno skupić, żeby co cokolwiek czuć. Skurcze były bardzo słabe i nieregularne. Zatem została podkręcona dawka oksytocyny. 

Około 13:20 przyszedł mój lekarz prowadzący zapytać, co tam u Mnie słychać. Nie działo się za wiele, skurcze niby delikatne jakieś czułam, ale to na pewno nie było "to". Zbadał mnie i moje rozwarcie wynosiło już 6 cm. Byłam zadowolona że coś postępuje, nawet pomyślałam sobie, że tak rodzić to ja mogę :D Nic nie boli a akcja postępuje. Dostałam zalecenie, aby iść wziąć 30 minutowy prysznic. Pod prysznic mogłam wziąć ze sobą męża oczywiście ;) oraz piłkę. Po 10 minutach nogi mnie już strasznie bolały, więc usiadłam na piłce, a mąż polewał ciepłą wodą moje plecy, a dokładnie krzyż. Myślałam wtedy, że ta kąpiel jest bardzo pomocna, bo skurcze, które czułam przed nim zrobiły się tak delikatne, że ich nie czuję.

Okazało się, że akcja porodowa ustała. Podczas kąpieli oczywiście byłam odłączona od kroplówki, więc i przestała działać oksytocyna. Położna po raz kolejny mnie zbadała, rozwarcie nic się nie powiększyło. Ponadto miałam bardzo niski poziom glukozy we krwi, wraz z powiększona dawka oksytocyny podano mi glukozę. Żeby grawitacja pomogła w przyspieszeniu porodu, usiadłam na piłce.

Około godziny 16:00 po raz kolejny przyszła położna. Poprosiła, abym się położyła żeby zobaczyć, czy coś się zmieniło. Śmiałam się, że siedzę już tutaj tyle godzin, a obok mnie jedna za druga Panie rodziły i niesamowicie krzyczały, a mnie to nic nie boli. Tak, śmiałam się, ale jak się okazało, tylko jeszcze przez chwilkę. 

Położna zapytała, czy chce przyspieszyć poród czy leżeć na sali do jutra. Oczywiście, że chciałam mieć to już wszystko za sobą! Zapytała, czy wyrażam zgodę na przebicie wód płodowych, wtedy raz dwa urodzę. Powiedziałam, że oczywiście. Minute później było już po sprawie, poczułam ciepło i bardzo dużo wody, która ze mnie wypływała jeszcze długi czas. Nie spodziewałam się takiego uczucia i chyba trochę ze strachu przed nieznanym...popłakałam się. Ale nie tak, że mi popłynęła po cichu łezka. Szlochałam jak szalona, nie mogłam się uspokoić. 

Po chwili poczułam ogromny ból w dole brzucha. Ból, jakiego nigdy nie odczułam nawet podczas najgorszych miesiączek. Od razu przestałam płakać. Podczas skurczy miałam głęboko oddychać, aby dziecko dostawało jak najwięcej tlenu. Spojrzałam na zegarek, była godzina 16:30. Parę skurczy później poprosiłam o gaz rozweselający. Oddychałam przy jego pomocy około 20 minut. Gaz nie łagodzi bólu. Powoduje, że kobieta skupia się na oddychaniu i ból schodzi na drugi plan. Po 20 minutach położna zdecydowała, że rezygnujemy z gazu. Wiecie, że musiała mi wyszarpać z rąk maskę bo nie chciałam jej oddać? :P Byłam przerażona, co ja będę ze sobą robić podczas tak silnych skurczy. 

Po zabraniu gazu położna zbadała mnie. Miałam 8 cm rozwarcia. Próbowała wykonać mi masaż szyjki, po kilku sekundach błagałam ją, aby wyjęła rękę. Ten ból w porównaniu do skurczy był okropny. Nawet w dalszym etapie porodu nie bolało nic tak samo jak ten masaż. Położna rękę wyjęła, jednak powiedziała, że taki masaż zdecydowanie przyspieszył by poród. Po raz kolejny poziom glukozy we krwi miałam niski więc dostałam druga dawkę glukozy.

Około 17:30 poczułam, że muszę do toalety i to nie na siusiu. Zapytałam położnej, czy mnie puści, ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że mnie zbada i powie czy mogę iść czy nie. Badanie wykazało, że mam pełne rozwarcie i zaczęły się skurcze parte. Także zamiast do łazienki, zaczęłam przeć. 

Powiem Wam, że na początku nie wiedziałam jak przeć, a ból w skali do 10 miał 100 punktów :P Po 20 minutach i krzyknięciu, że ja już nie chcę rodzić (:D) nauczyłam się, jak przeć. Zauważyłam, że skurcze nie są tak bolesne, gdy mocno prę. Minęła godzina 18:30 a już po raz kolejny słyszałam,  że jeszcze kilka razy i bobas będzie z nami na świecie. Byłam tak zmęczona ale jednocześnie zmotywowana, żeby zakończyć już poród, że parłam dalej na 100 %. W międzyczasie podkręcono dawkę oksytocyny na maxa.

O godzinie 18:45 przyszedł mój lekarz prowadzący i został już do końca. Położna stwierdziła, że ja do 19:00 MUSZĘ urodzić. Muszę, bo ona się umówiła, że po pracy odbierze męża i pojada na zakupy :D Taki śmieszek z niej ;) o godzinie 18:50 na sali pojawiło się chyba z 8 osób, o 19:00 w Naszym szpitalu jest zmiana personelu więc nowa zmiana czekała już na podmiankę. Z jednej strony motywował mnie mąż, że już blisko, ze dam radę, że jeszcze dwa razy i Jasiek będzie z nami, a z drugiej lekarz trzymał mnie za rękę i mówił, że super sobie radzę. Powiem Wam, że gdyby nie mój mąż, to ja nie wiem jak bym urodziła, ale o porodzie rodzinnym chce napisać oddzielny post :)

O godzinie 19:00 na sali pojawił się inny lekarz, aby mój poszedł i mu pomógł w cesarce. Mój jednak powiedział, że pomaga w porodzie swojej pierworódce, więc nie może w tej chwili ode mnie odejść. Na to tamten lekarz stwierdził, że pomoże mu przy odbieraniu porodu i później "ogarnięciu mnie" wraz ze swoim całym zespołem. Więc na sali było już 15 osób :D Szczerze, było mi wszystko jedno, mógł być tam i sam prezydent, chciałam już tylko urodzić. Przy kolejnym skurczy usłyszałam tylko komentarz: "ona zaraz pęknie", na co mój lekarz mówił, że nie, że dam radę. Niestety, dwa skurcze później poczułam bolesne pieczenie, domyślałam się, ze miałam nacinane krocze. 

Około 19:10 lekarz obiecywał mi, że za max 10 minut dziecko będzie już ze mną. Mąż tylko mi powiedział, że widać już główkę, że to już koniec. Położna i reszta załogi tak mi dopingowali, że po dwóch skurczach Jasiek był już z Nami! 

Jak mogę opisać to uczucie? Po prawie 2 godzinach parcia nic do mnie nie docierało. Żadne słowa położnej, neonatolog, która mówiła coś na głos ani lekarza. Byłam tak wyczerpana, że mąż myślał, że zemdlałam. A ja marzyłam tylko o tym, aby położyć się spać i cokolwiek zjeść. Byłam przeokrutnie głodna i senna. Nie wiedziałam tylko, co chce zrobić najpierw, czy zasnąć, czy zjeść :P

W międzyczasie przyłożono młodego kontaktem "skóra do skóry", na kilka sekund. Pytałam męża, ile Jasiek waży i ma centymetrów. Trzy razy mi powtarzał i nie mogłam zapamiętać. Zapamiętałam chyba dopiero jak świeżo upieczony tatuś dzwonił z radosną informacją do dziadków.

Lekarz powiedział, że teraz pora urodzić łożysko. Jednak "urodzić" było tu słowem nie ma miejscu, bo nawet nie wiedziałam, że jest już po fakcie :) Następnie zostało mi znieczulone krocze i lekarz wziął się za zszywanie. W tym momencie pamiętam, jak strasznie się trzęsłam. Trzęsłam się tak, że nie mogłam opanować drgawek na całym ciele. Aż lekarz poprosił mnie chociaż o chwilowe powstrzymanie ich, nie wiedziałam, czy to od zimna czy od tak dużego wysiłku. W trakcie zszywania poproszono, aby mój mąż wziął ubranka dla młodego (Ewelina, a co to jest kaftanik? :D) i poszedł razem z nią do dziecka. Pierwszy raz rodziłam i nie wiedziałam, co się dzieje z dzieckiem zaraz po porodzie. Teraz już wiem, że jeśli jest wszystko w porządku to dziecko jest ciągle przy matce. Wtedy o tym nie myślałam, chciałam, aby mąż był ciągle przy mnie, czułam się przy nim bezpiecznie. Jednak dziecko ważniejsze i na sali zostałam sama z lekarzem i nową położną.

Po zszyciu położna poprosiła, abym przeniosła się na inne łóżko. Nie czułam nóg, w sumie to ona mnie przeciągnęła na to łóżko, okryła kołdrą bo drgawki dalej nie ustępowały i przewiozła ze wszystkimi torbami na salę poporodową.

Leżąc tam zastanawiałam się, gdzie jest moje dziecko i mąż. Pani położna przykładała mi lód do krocza, miałam je sine i opuchnięte. Pomogła założyć majtki i podpaskę. Powiedziała, że jak by co mam krzyczeć i ona mi we wszystkim pomoże.

Minęło 10 minut w samotności. Na korytarzu usłyszałam tylko: ja nie wiem czemu urodził się siny, przecież monitorowaliśmy tętno przez cały poród. Pomyślałam: czy to o mnie mowa? W międzyczasie żadna inna kobieta nie rodziła. Byłam przerażona, gdzie jest mój mąż i moje dziecko?

Co działo się dalej? Zapraszam do kolejnego postu, gdzie opiszę cały pobyt w szpitalu :)

piątek, 9 marca 2018

Pobyt w szpitalu przed porodem


Jak wiecie z poprzedniego wpisu 3 sierpnia zjawiłam się w szpitalu ponieważ miałam skierowanie na oddział patologii ciąży. W szpitalu pojawiłam się o godzinie 7.30 ze wszelkimi tabołami dla mnie i dla dziecka :D miałam ze sobą dwie torby plus plecak :D przyjmowała mnie położna, która powiedziała, żebym przebrała się w koszulę. Następnie dałam jej wszelkie dokumenty dotyczące ciąży, wyniki badań, dowód osobisty oraz dokumenty o ubezpieczeniu. Chcę napisać o tym osobny post, co należy zabrać ze sobą do szpitala - jakie dokumenty, ubrania dla kobiety, dziecka i wszelkie akcesoria, dlatego nie będę teraz na tym za bardzo się skupiać. Po wypełnieniu wszelkich papierków, położna podłączyła mnie pod KTG na 30 minut a sama dalej zajęła się papierologią. Po KTG miałam na korytarzu poczekać na lekarza, który miał mnie zbadać. 

Na dyżurze był mój lekarz prowadzący więc miałam nadzieję, ze to właśnie on przyjdzie z oddziału. No niestety, przyszła pani doktor. Zaprosiła mnie na fotel i....zbadała. Było to bardzo bolesne badanie, nigdy w życiu mój lekarz prowadzący nie badał mnie z taką siłą! Ból był tak silny, że byłam cała spięta, a od lekarki usłyszałam: ojej a co będzie jak ja będę rodzić? Ponadto stwierdziła, że "po co ja się pojawiłam w szpitalu, jak ja nie mam nawet rozwarcia". Hola hola, jak nie mam rozwarcia, jak dwa tygodnie temu miałam już 2 cm? Cofnęło mi się czy co? Nic nie powiedziałam, chciałam tylko trafić na oddział, gdzie mogłam porozmawiać ze swoim lekarzem. 

Pani położna odprowadziła mnie na oddział, na sali byłam sama. I dobrze i źle. Mogłam swobodnie czuć się w sali, jednak nie mogłam się do nikogo odezwać. O godzinie 11 mój lekarz prowadzący zaprosił mnie na usg. Z młodym było wszystko w porządku, jednak według lekarza osiągnął już wagę 3850 gram. Lekarz powiedział, że porozmawia z innymi lekarzami i ustalą, kiedy mam mieć wywoływany poród. Wróciłam na sale i z niecierpliwością czekałam na informację co ze mną. Tv oczywiście w szpitalu płatne ale stwierdziłam, że skorzystam z darmowego (!) Wifi i tak do godziny 15 przeleżałam oglądając rożne filmiki na yt. Och nie wspomniałam, do szpitala miałam zgłosić się na czczo, żeby można było mi pobrać krew do różnych badań. Miałam ponowne wykonane badanie na HIV oraz standardową morfologię. O godzinie 13 wypatrywałam z utęsknieniem na szpitalny obiad (jak kolwiek to brzmi :D), byłam okropnie głodna! W plecaku były spakowane bułki maślane, dla męża na czas porodu, jednak ja sobie możecie wyobrazić do końca dnia trochę ich ubyło :P O godzinie 17 zostałam przeniesiona do sali obok, trafiłam na super wygadaną panią :) Powiedziała mi, ze około godziny 18 będziemy mieć robione KTG a między 19.30 a 20.00 mamy mierzyć ruchy dziecka. Około 21.00 pojawił się u Nas obchód - lekarz, położna i kilkoro studentów. Oczywiście niczego się nie dowiedziałam co w mojej sprawie, bo "oni dopiero co zaczęli pracę a w karcie nie ma informacji o porodzie". Mąż wieczorem dowiózł nam wiatrak, było tak duszno, że nie mogłam spać. Także spędziłam pierwsza noc w szpitalu. Była tragiczna.

Rano, nawet bardzo rano, bo o godzinie 5.00 do sali weszła położna, zapaliła wszelkie światła, zmierzyła Nam ciśnienie krwi oraz temperaturę. Oczywiście rozbudziła Nam do tego stopnia, że nie mogłyśmy już później zasnąć. O godzinie 8 miałyśmy podłączone KTG i miałyśmy liczyć ruchy dziecka. Po godzinie 9 do sali przyszedł lekarz z obchodem więc zapytałam się, co ze mną. Powiem szczerze że czułam się w szpitalu tragicznie pod względem psychicznym. Stwierdziłam, że skoro z dzieckiem i ze mną jest wszystko w porządku, a nie mają zamiaru "coś ze mną zrobić" to wypisuję się na żądanie, przynajmniej weekend spędzę we własnym wygodnym łóżku. Lekarz powiedział, że zaraz po obchodzie położna zawoła mnie na badanie i tak ustalimy co dalej. 

Szłam na to badanie z "bojowym zadaniem", aby coś w mojej sprawie zadecydowali, albo idę do domu :D Lekarz zaprosił mnie na fotel, uprzedził, że badanie może być nie przyjemne, jednak w porównaniu z tym, co działo się dzień wcześniej, był to pikuś. Lekarz stwierdził, że mam...4 cm rozwarcia! Od razu inaczej na mnie spojrzał, zwłaszcza, że dzień wcześniej miałam niby zerowe rozwarcie. Zapytał wprost, po co pojawiłam się wcześniej w szpitalu. Powiedziałam, ze miałam mieć wywoływany poród ze względu na przypuszczenie, że dziecko jest duże a ja mam cukrzycę ciążową. Pielęgniarka sprawdziła kalendarz, niestety "wolny" termin był aż na poniedziałek. Miałam już przed oczami wizje leżenia przez cały weekend na oddziale i "płakania do poduszki", jednak lekarz powiedział, żebym chwilkę poczekała, on musi coś sprawdzić. Wyszedł z pokoju a w tym czasie studentka, na którą wyraziłam zgodę zapytała, czy sprawdzić moje rozwarcie, stwierdziłam, że w sumie na kimś musza się uczyć, ale pani była bardzo delikatna więc cieszyłam się, że w sumie jej pozwoliłam na naukę :)

Po około trzech minutach wrócił lekarz i z uśmiechem na twarzy powiedział: urodzi Pani dzisiaj! Nie wiedziałam co powiedzieć, z jednej strony cieszyłam się, że wyjdę ze szpitala z dzieckiem a z drugiem obawiałam się porodu. Wyraziłam zgodę na podanie oksytocyny, podpisałam papiery i miałam być gotowa na przejazd na porodówkę za 10 minut. Zapytałam, czy mogę już po męża dzwonić, położna z uśmiechem stwierdziła, że jest dużo za wcześnie, ale jeśli chcę aby mąż ze mną czekał na rozwój wydarzeń, mogę po niego dzwonić. Mąż myślał, że już i teraz rodzę, chyba trochę spanikował bo dopytywał się milion razy gdzie ma iść i czy coś ma wziąć :P przysłano po mnie "bardzo przyjemną" pielęgniarkę, która stwierdziła, a raczej z wyrzutem egzystencji stwierdziła, że ona :żadnej torby mi nie weźmie, mam sama sobie wziąć jedna torbę "najpilniejszą". 

Co działo się dalej? Dowiecie się w kolejnym poście o porodzie :)

środa, 7 marca 2018

Trzeci trymestr ciąży


Trzeci trymestr ciąży był dla mnie dość intensywny. Po remoncie dużo czasu spędziłam na posegregowaniu rzeczy i poukładanie ich tak, abym mogła je szybko znaleźć. W międzyczasie zostały Nam zamontowane drzwi do pokoi oraz łazienki - tak, wkońcu mogliśmy zapraszać kulturalnie gości i mogli bez skrępowań korzystać z łazienki :) Zamówiliśmy także meble pod wymiar do łazienki, salonu, sypialni i pokoju młodego, miały być gotowe pod koniec czerwca.

17 maja - 29 tc wkońcu mogłam zobaczyć twarz swojego groszka! Odwrócił się do Nas na trzy minuty, gdy lekarz chciał jeszcze raz zrobić zdjęcie buzi, mógł obejrzeć tylko tył głowy :P Serduszko biło 143 uderzeń na minutę, mały ważył już 1212 g! 

Wkońcu ustaliliśmy, że zamiast groszka w brzuszku mamy Jasia :) Myśleliśmy o tym imieniu od lutego, jednak zastanawialiśmy się, czy nie będzie ono za poważne- Jan, jednak jest kilka zdrobnień dopasowanych do każdego wieku więc młody powinien być zadowolony z takiego wyboru :)

Pod koniec maja wybraliśmy się na cztery dni nad morze. Stwierdziliśmy, że jest to ostatni dzwonek na odpoczynek, później może być już mi ciężko wytrzymać pięć godzin w samochodzie i temperatury mogą być bardzo męczące. Z pogodą trafiliśmy idealnie! Było ciepło, lecz jeszcze nie gorąco. Na cztery dni jeden był chłodniejszy i padał czasami delikatny deszczyk, jednak i tak spędziliśmy go aktywnie, bardzo dużo spacerowaliśmy nad morzem z naszym ukochanym psem. Zawsze marzyłam o wypadzie nam morze z psem, wkońcu udało się :) Perła była grzeczna, pilnowała się "naszego obozu" plażowego, nie biegała za innymi. Oczywiście co godzinę wyprowadzaliśmy ja z plaży żeby mogła na spokojnie załatwić swoje potrzeby. Wogóle przygotowując się na wyjście na plażę miałam duży problem z dobraniem stroju kąpielowego. W końcu udało mi się coś znaleźć dwuczęściowego, więc jeśli wychodziłam na słońce zakładałam koszulkę na ramiączka, jeżeli odpoczywałam w cieniu miałam na sobie tylko strój - żeby czuć się komfortowo mieliśmy rozstawiony parawan, żeby nikt "wielorybka" się nie wystraszył, a żeby dzieci nie zaczęły płakać na mój widok :D

Na początku czerwca zaczęliśmy chodzić na szkołę rodzenia, jest o tym osobny post KLIK.

14 czerwca - 32 tc, miałam kolejna wizytę u lekarza. Miałam na tą wizytę zrobione badania: krwi oraz moczu. Mocz wyszedł średnio, jednak w porównaniu z tym jak źle bywało, było całkiem przyzwoicie. Na wizycie lekarz szybciutko zrobił usg, z młodym było wszystko w porządku.

17 czerwca poszliśmy na 1 z 5 wesel w roku 2017 :P niestety było to pierwsze i ostatnie, następne były zbyt blisko porodu albo tuz po porodzie. Jak wszystkim mówię, do której byliśmy na parkiecie to nie wierzyli, że jestem w 32 tygodniu ciąży :P tańczyliśmy do....04:15 rano! :D Oczywiście robiliśmy sobie przerwy (głównie na lody :D), na spacer aby nogi ciut odpoczęły od tańca i na bezalkoholowe drinki ;) Usłyszałam nie raz, że ludzie podziwiają, że daję rade tyle tańczyć, szczerze to i ja byłam zdziwiona ;) jednak na drugi dzień byłam tak zmęczona, że do końca ciąży nie było mowy o powtórzeniu wyniku wysiłku z wesela :)

20 czerwca - 33 tc, panowie zaczęli montować Nam meble. Byłam bardzo zadowolona, wkońcu wywalę z domu wszystkie kartony i będziemy mogli wkońcu wszystko poukładać. Montaż zajął cały tydzień. Niestety mamy tak krzywe ściany, że panowie co chwila musieli coś na nowo wycinać albo przycinać żeby meble jak najbardziej dopasowały się do "standardów" mieszkania ;) A ja, szalona ciężarówka, w 34 tygodniu ciąży wszystko sobie posprzątałam, umyłam wszelkie meble, poukładałam rzeczy i ... umyłam wszystkie okna :D a co, jak szaleć to szaleć, czułam się dosyć dobrze, od czasu do czasu dokuczał mi kręgosłup, ale mogłam w każdej chwili liczyć na pomoc męża.

W międzyczasie minęła nasza 1 rocznica ślubu <3 czy to nie cudowne, gdy świętuje się jednocześnie rocznicę tak ważnego wydarzenia w życiu dwojga ludzi oraz wyczekuje się na jeszcze piękniejsze chwile? 

Niestety moja glukoza zaczęła szaleć, jednak jest o tym osobny post, więc zapraszam ciekawych co się działo TUTAJ.

9 lipca byliśmy umówieni na sesję ciążową. Powiem Wam szczerze, że powinniśmy umówić się na nią chociaż trzy tygodnie szybciej. Fotograf - moja dobra koleżanka, bała się, żebym jej przypadkiem nie urodziła :D Jest to cudowna pamiątka z tego okresu, chyba nigdy nie miałam tak pięknie zrobionych zdjęć! Serdecznie polecam wszystkim przyszłym mamom, pamiątka na całe życie :)

14 lipca - 37 tc, zrobiłam kilka badan na następną wizytę u lekarza. Były to badania krwi, moczu, HBs oraz przeciwciał. Mocz wyszedł mi tragicznie, były to najgorsze wyniki dotychczas. Mój lekarz był niestety na urlopie, nie mogłam się do niego dodzwonić, więc z wynikami udałam się na sobotnią izbę przyjęć. Lekarz uspokoił mnie, że to jest całkiem normalnie na końcówce ciąży, żebym wzięła urofuraginum i w poniedziałek powtórzyła badania. Wzięłam tabletkę i spokojna wróciłam do życia codziennego. Po południu oddzwonił mój doktor i absolutnie nie kazał brać już żadnych tabletek, gdyż po 36 tc nie zaleca się brania nic na zapalenie moczu, miałam w poniedziałek powtórzyć badania i dać znać jak wyszły. 
Badania powtórzyłam i ku mojemu zdziwieniu wyszły idealnie! Jak później się dowiedziałam, wpływ na wyniki badań może mieć także miejsce oddawania moczu (toaleta w laboratorium, gdzie stresowałam się, że nie mogę zrobić siku, chciałam tak mocno, że w moczu pojawiła się krew). 

17 lipca wraz z koleżankami zorganizowałam bociankowe :) Każda z Nas była pierwszy raz na takiej imprezie. Wymyśliłam kilka zabaw, aby dziewczyny nie nudziły się za mocno ;) Miedzy innymi zgadywanie bajek po piosence, zgadywanie po zdjęciach bohaterów różnych bajek, zgadywanie jaki smak mają papki dziecięce, jaki mam obwód brzucha oraz wypełnianie kart pamiątkowych z tego dnia, życzenia dla Jasia. Dostałam wiele cudownych prezentów - jednak szczegółowo opowiem o tym w oddzielnym poście :)

19 lipca miałam ostatnią przed porodem wizytę u lekarza. Był to 38 tydzień ciąży, więc z każdą nieprawidłowością miałam zgłaszać się już do szpitala. Na wizycie miałam zrobiony posiew na paciorkowca. Młody ważył już 3316 gram. Lekarz przewidywał wagę około 3800 gram w 40 tygodniu ciąży, więc powiedział, że jeżeli nie urodzę do 3 sierpnia, mam zgłosić się do szpitala i będę mieć wywoływany poród bo później mogą być problemy z naturalnym porodem. Miałam już 2 cm rozwarcie. Nie wiem czemu, ale chciała koniecznie urodzić w sierpniu, więc jak usłyszałam o rozwarciu kolejne dni przeleżałam w łóżku żeby absolutnie nie potrzebnie forsować się i przypadkiem nie pomóc młodemu wyjść szybciej na świat :P

28 lipca od rana słabo czułam ruchy młodego. O godzinie 14 pojawiłam się na badaniu KTG w szpitalu, okazało się, że młody ma się dobrze, po prostu wypoczywa przed przyjściem na świat :) 

Gdy minął 1 sierpnia byłam bardzo zadowolona a jednocześnie przerażona, bo to zaraz mój ukochany synek pojawi się na świecie! :) Do 3 sierpnia nic się nie działo, więc o 7.30 pojawiłam się w szpitalu na oddziale. Chcę o tym napisać osobny post, wiec zdradzę Wam tylko, że mój synek przyszedł na świat dzień później. A jak do tego doszło? Zapraszam na kolejny post :)

Drogie mamusie, a Wy jak wspominacie ostatnią prostą w ciąży? Dla mnie był to czas przygotowywania się do wielkiego wydarzenia, kompletowania wyprawki i cieszenia się ostatnimi chwilami "troje we dwoje" :)

środa, 7 lutego 2018

Szkoła rodzenia



W naszym miejskim szpitalu do szkoły rodzenia można zapisywać się po skończeniu 24 tygodnia ciąży. Jednak na same zajęcia położne zapraszają zazwyczaj po 30 tygodniu.

Będąc na wakacjach nad morzem (drugiego czerwca) dostałam telefon, że od czerwca startuje nowa grupa. W sumie to już zaczęła zajęcia wczoraj (pierwszego czerwca) ale Pani źle obliczyła mój termin porodu i że woli nie ryzykować zaplanowanymi dla Nas zajęciami w lipcu. 

Szkoła rodzenia proponuje 6 spotkań po około 1,5 - 2 godziny, podczas których omawiane są zagadnienia związane z ciążą, karmieniem dziecka i laktacją, pielęgnacja dziecka, porodem, noworodkiem oraz połogiem. Za taki kurs płaciliśmy 100 zł za osobę. Chodziłam do szkoły rodzenia wraz z mężem.

Tak jak wspomniałam, pierwsze spotkanie Nas ominęło, mieliśmy je odrobić z lipcową grupą. Mowa była ogólnie o ciąży i rozwoju dziecka w ostatnich tygodniach jego życia w brzuchu mamy. Gdy przyszedł termin lipcowego spotkania...nie chciało Nam się na niego jechać. Stwierdziliśmy, że ciążę już przeżyliśmy i najważniejsze informacje już nam powiedziano. Tak, to było lenistwo ;)

Na drugim spotkaniu położna opowiadała o porodzie, jak rozpoznać, że rozpoczęła się akcja porodowa, jak liczyć regularność skurczy, kiedy odpływają wody płodowe a kiedy odchodzi czop. Wyjaśniała, w jakich pozycjach możemy rodzić (generalnie mamy prawo do rodzenia w takiej pozycji, w jakiej Nam jest najwygodniej), jak łagodzić ból przedporodowy, o kryzysie 6-7-8 cm. Mówiła, jak zazwyczaj kobiety zachowują się przy porodzie, jak zachowują się partnerzy, o plusach porodu rodzinnego z partnerem, oraz o tym, co dzieje się z nami i dzieckiem tuż po porodzie. Następnie zaprowadziła Nas na oddział, gdzie pokazała wszystkie sale porodowe (akurat na oddziale były pustki, tylko jedna Pani tego dnia urodziła, także mogliśmy wszystko zobaczyć i wszędzie zajrzeć), sale poporodowe i opowiadała generalnie co trzeba zrobić, gdy zacznie się poród, gdzie należy się zgłosić. Wyjaśniła również, co warto zabrać ze sobą do szpitala, a co w ogóle nie jest przydatne i przereklamowane. 

Trzecie spotkanie było o pielęgnacji dziecka. Jak na złość mąż musiał pilnie wyjechać na spotkanie służbowe, a bardzo mu zależało aby nauczyć się, jak kąpie się dziecko. Bo według położnej, tatusiowie to bardzo lubią i należy oddać Panu ta czynność. My mamy karmienie piersią, oni mają kąpanie i każdy jest zadowolony :) Położna opowiedziała jak pielęgnować dziecko przy przewijaniu i dbać o okolice okołopieluchowe. Pampers jest głównym sponsorem szkoły rodzenia więc też mieliśmy wykład o tym, jak ta pieluszka jest lepsza od innych marek, taka autoreklama. No i najważniejsze: kąpanie. Nauczyliśmy się chwytów do kąpieli dziecka, jak przygotować pomieszczenie i wodę do kąpieli, jakie stosować kosmetyki (nie, tym razem było bez nazw ;)), jak myć dziecko, jak pielęgnować jego ciało i ogólnie kiedy najlepiej jest kapać dziecko. 

Czwarte spotkanie mieliśmy z neonatologiem i Pani Doktor opowiadała Nam o tym, co dzieje się z dzieckiem od czasu przyjścia na świat do czasu wypisania ze szpitala plus kilka sytuacji z późniejszego życia. Między innymi mówiła o przecinaniu pępowiny, punktach Apgar - zostało dokładnie omówione ile punktów dostaje dziecko i za co i jeśli są obniżane punkty to jakie musiały zostać zauwazpne "odchylenia", kontakcie skóra do skóry dziecka z matką, o smółce i kupce dziecka, różnych zmianach skórnych, żółtaczce fizjologicznej, podaniu witaminy K, szczepieniach, badaniu słuchu i badaniu na hipotyreozę i fenyloketonurię. Po ostatnim badaniu, jeżeli z dzieckiem jest wszystko ok (i z mamą oczywiście też) zostajemy wypisani do domu. Zazwyczaj jest to 48 godzin po porodzie, chyba że urodzicie wieczorem lub w nocy musicie odczekać aż do następnego dnia.

Na piątym spotkaniu omawiana była sprawa karmienia piersią i laktacji. Pani neonatolog opowiadała Nam o tym, jak prawidłowo przystawiać dziecko do piersi, pozycje do karmienia, o problemach z laktacją, początkowym mleku czyli siarze oraz o nawale mlecznym i jak sobie z nim radzić. 

Ostatnie spotkanie to najmniej przyjemna część ciąży i porodu- dowiedzieliśmy się co nieco o połogu i baby blues. Powiem Wam już z własnego doświadczenia, że poród przy tym to był pikuś - oczywiście jak dla mnie. Ale o tym napisze w oddzielnym poście. Położna opowiedziała, co dzieje się z kobieta po porodzie, o krwawieniu, zmiennych nastrojach, poceniu się, depresją, zmęczeniem. Wiele rzeczy o połogu wyczytałam z blogu mamaginekolog, także nie przeżyłam takiego szoku co tam się może dziać po porodzie. Położna omówiła z Nami nawet temat seksu po porodzie, tutaj wszyscy tatusiowie słuchali bardzo uważnie, powiedziała bym nawet że z największym zaciekawieniem podczas całej szkoły rodzenia :D

Ja osobiście mogę serdecznie polecić chodzenie do szkoły rodzenia. Wiele kobiet mówi, że więcej dowie się z książek czy internetu, jednak jeśli inna osoba opowiada o tym wszystkim z doświadczeniem i pełną pasją, wiedza przyswajana jest bardzo szybko i długo pozostaje w pamięci. Oczywiście wszelkie "suche" informacje były swoja drogą, a praktyka swoją ;) baliśmy się strasznie pierwszego kąpania (nie wiem w sumie czego, chyba że utopimy dziecko w wanience :D), a okazało się to banalnie łatwe. Natomiast tak łatwe karmienie piersią było dla mnie wielką walką, ale o tym tez napisze osobny post. Podsumowując: polecam. I nie napisałam najważniejszego. Dzięki szkole rodzenia przekonaliśmy się, że poród z partnerem to fajna sprawa :) 

sobota, 3 lutego 2018

Drugi trymestr ciąży


W drugi trymestr ciąży weszłam dość imprezowo ;) Mąż obchodził 27 urodziny, odbyło się bez szaleństw, ale za to był pyszny tort i długie pogadanki ze znajomymi  między innymi o ciąży. Dalej czułam się rewelacyjnie, chodziłam do pracy, po pracy zapadałam w dwugodzinny sen regeneracyjny, inaczej nie dotrwałabym do nocnego snu.

20 lutego – 16 tydzień ciąży, cały dzień czułam się źle, bolał mnie brzuch, było mi słabo, a w nocy nie mogłam zasnąć. Rano obudziłam się z bólem głowy i gardła. Udało mi się z godziny na godzinę umówić do mojego lekarza prowadzącego, jeszcze wcześniej odwiedziłam lekarza rodzinnego z zapytaniem czy może to nie jest jakaś grypa. Podejrzewano u mnie mononukleozę. Lekarz rodzinny powiedziała, że jeśli na nią zachoruje, leczenie może trwać nawet 60 (!) dni. Miałam stosować inhalację oraz witaminę C wraz z naturalnymi sokami: malinowymi, z czarnej porzeczki i czarnego bzu (na szczęście moja mama ma takie przetwory w swojej spiżarce ;)). Złe samopoczucie było już wyjaśnione, a co z bólem brzucha? Złapałam stan zapalny, dostałam tabletki bezpieczne dla kobiet w ciąży. Ponadto lekarz zasugerował, że powinnam iść na zwolnienie ze względu na mononukleozę, mogło by to być niebezpieczne zarówno dla mnie jak i dla dziecka. Posłuchałam się, nie chciałam mieć na sumieniu tej malutkiej istotki.

Ale co powiedział jeszcze ciekawego lekarz?

Że prawdopodobnie w moim brzuszku mieszka chłopiec! ;) Mąż był z tej wiadomości bardzo dumny, wkońcu oczekujemy dziedzica! Pomimo, że myślałam, że będzie to dziewczynka, cieszyłam się bardzo z synka, ale najbardziej z tego, że prawidłowo się rozwija i jest zdrowy. Miałam po 5 dniach powtórzyć badania i zgłosić się powrotem do lekarza prowadzącego. 22 lutego odebraliśmy bardzo ważny telefon, dzwonił do Nas kolega G., zwolniły mu się terminy i może przyjść do Nas już 27 lutego. A co miał by robić? Generalny remont mieszkania! Łazienka cała do roboty, wymiana całkowita elektryki, hydrauliki, wyrównanie ścian i sufitów, wylewka na podłogę.

Ucieszyłam się, bo pierwotnie remont miał zacząć się w połowie kwietnia. Umówiliśmy się z kolega na spotkanie żeby jeszcze raz mu powiedzieć co gdzie i jak, a u Nas zaczęła się wielka akcja: pakowanie. Wyobraźcie sobie, że musieliśmy wszystko (prócz kuchni) spakować i wynieść albo do piwnicy, garażu, albo miała przeprowadzić się z Nami do moich rodziców.  Dwa dni nic innego nie robiłam tylko pakowałam kartony i worki z ubraniami, a mąż po pracy wynosił i układał w piwnicy. W piątek wieczorem oficjalnie przenieśliśmy się na wieś. W sobotę cały dzień mąż i tata wynosili pozostałe rzeczy do garażu (serdecznie im tego współczuje- to czwarte piętro bez windy). Myślałam, że nigdy nie skończą. W niedzielę pojechaliśmy do mieszkania zabrać „ostatnie rzeczy” i po raz ostatni spojrzeć na mieszkanie w takim stanie. Od poniedziałku miał pójść w ruch młot pneumatyczny, ale szczerze to nie mogłam się tego doczekać. Następny tydzień spędziliśmy w salonie glazury, gdzie Pani robiła Nam projekt łazienki i wybieraliśmy wannę i inną armaturę łazienkową.

W międzyczasie zrobiłam badanie moczu i niestety, ale miałam wysoki wynik białka w moczu. U lekarza prowadzącego byłam 1 marca, został przepisany mi antybiotyk. Po 7 dniach miałam powtórzyć badanie moczu i jeśli wynik dalej nie będzie zadowalający, udać się do szpitala. Uwierzcie, szpital napawa mnie depresją. Brałam antybiotyk i modliłam się, aby zadziałał. Pan doktor dał mi do siebie numer telefonu, żebym mogła na bieżąco go informować jak wyszły wyniki. Po 7 dniach powtórzyłam badania, czekałam z niecierpliwością na wynik. Wszystko się poprawiło, nie było białka w moczu, baterie nie liczne.

Mieszkanie u rodziców było całkiem przyjemne, mogłam dużo spacerować z psem, miałam do kogo się odezwać w ciągu dnia i gotowanie obiadu było dużo łatwiejsze (a raczej wymyślanie co na obiad :P). Remont trwał w najlepsze (miało to trwać tylko 3 tygodnie, przedłużyło się do 5).
 22 marca – 21 tydzień ciąży, byłam umówiona do ginekologa na wizytę połówkową. Trwała ona prawie 40 minut i był na niej mój mąż. Lekarz dokładnie wszystko badał, pokazywał Nam i opowiadał. Potwierdził, że na pewno będzie chłopiec i ze możemy już kupować niebieskie śpiochy i wybierać imię. Nasza fasolka, a raczej groszek ważył 293 gram, serduszko biło 150 uderzeń na minutę, termin porodu znowu się zmienił, tym razem na 11.08.2017. Jednak młody tak się ułożył, a jak się później okazało zaklinowała mu się główka na dole, jak by w kanale rodnym, że do tej pory nie poczułam jeszcze ani jednego ruchu groszka, no i też nie mogliśmy zobaczyć na badaniu buzi oraz dokładnie sprawdzić budowy serca.  Po raz kolejny miałam zrobić badania toxoplazmozy, moczu oraz morfologię. Wyniki wyszły bardzo dobre.

Lekarz doradził mi, abym pod pupę położyła sobie wielka poduszkę i tak leżała przez kilkanaście minut aż młody spadnie na prawidłowe miejsce. Co lekarz mówił, od razu wykonywałam. W domu położyłam sobie trzy największe poduchy i…nie mogłam ruszyć się z tej pozycji. Także była to moja pierwsza i ostatnia próba wyciągania młodego za pomocą poduszek, od tej pory strasznie bolał mnie kręgosłup (widocznie młody trochę się poruszył i zaczął uciskać mi nerw kulszowy). Wejście do wanny było dla mnie ogromnym problemem, w kąpieli pomagał mi mąż.

Tydzień później panowie opuścili mieszkanie a my mogliśmy zabrać się za malowanie ścian i układanie paneli. Panele układałam z tatą, a gdy rodzice z bratem malowali ściany, ja próbowałam jakkolwiek ogarnąć mieszkanie, a raczej czyściła z kurzu i innych remontowych ubrudzeń. Zajęło to nam tydzień, kolejne półtora mąż z tatą i bratem wnosili wszystkie rzeczy z garażu i piwnicy a ja próbowałam je jakoś posegregować w większe kartony. Pokój dla dziecka wyglądał jak jeden wielki składzik, czego w nim nie było. 6 kwietnia mogliśmy oficjalnie wprowadzić się do świeżutkiego mieszkania.

10 kwietnia pomyślałam, że mogła bym w sumie spróbować podnieść biodra na leżąco i nimi kręcić. Po 5 minutach poczułam takie dziwne uczucie w brzuchu, a zaraz później dostałam extra kopniaka! To było coś cudownego. Młody odblokował się i mógł sobie hasać po całym brzuszku. To była piękna chwila! Zawołałam męża, prawie popłakałam się z radości że wkońcu czuję dziecko :P
Zaczęły męczyć mnie okropne skurcze łydek, w nocy budziłam się z krzykiem, G. musiał mi pomagać rozciągać mięsnie bo ja sama nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Którejś nocy, obudziłam się z okropnym skurczem, mąż spał więc krzyczę: G. skurcz! Co pomyślał mój biedaczek? Że ja rodzę i mam skurcze :D jak tylko uporaliśmy się ze skurczem łydki, nie mogłam zasnąć ze śmiechu, bo przy okazji mąż wydał z siebie dźwięk, którego nawet opisać nie mogę, na zasadzie głośnego zmartwienia się ;)

14 kwietnia – 24 tydzień ciąży wykonywałam test obciążenia glukozy, jest o nim oddzielny post KLIK więc zapraszam do przeczytania moich odczuć ;) Razem z testem wykonałam po raz kolejny badania moczu oraz morfologię.

Święta Wielkanocne szybko minęły, a zaraz po nich, 19 kwietnia miałam kolejną wizytę u lekarza. Opowiedziałam o moich problemach ze skurczami, miałam brać Magne B6. Skurcze dalej były, jednak dało się z nimi przeżyć.  Ze względu na delikatny niedobór żelaza miałam również przyjmować Ascofar. Spadek żelaza podobno jest czymś normalnym w drugiej połowie ciąży.  Po raz kolejny wyniki moczu pogorszyły się, więc przyjmowałam urofuraginum. Nigdy nie miałam takich problemów z moczem jak w ciąży. Łącznie (podczas 40 tygodni) zjadłam chyba 3 opakowania tego leku. Białko w moczu znowu się pojawiło i znacznie przekroczyło normę, jednak po tygodniowej kuracji wszystko wróciło do normy.

Oprócz bólu kręgosłupa (nie dokuczał mi za często i nie była taki silny) oraz bólu jajników (lekarz powiedział, że jak będzie mnie mocno bolało mogę wziąć no-spę- jednak takiej potrzeby nie było, był to raczej ból który odczuwałam ale mogłam z nim żyć) czułam się bardzo dobrze.

W majówkę mojej przyjaciółce zrobiliśmy niespodziankę urodzinową i pojechaliśmy do Augustowa. Chodziliśmy pół dnia po mieście i wokół Jeziora, na wieczór odczuły to moje nogi. Spuchły, jednak rano zawsze wracały do swojego normalnego stanu. Było to bardzo ważne przy cukrzycy ciążowej, aby spuchnięte nogi po odpoczynku malały. W innym wypadku mogło by to być zatrucie ciążowe i musiała bym zgłosić się do szpitala i dostawać dożylnie leki.

Drugi trymestr ciąży zakończył się około 15 maja. Czułam się dobrze, wyniki badań raz były dobre, raz złe, dosyć często musiałam ratować się lekami.  

A co z zachciankami? Jeden jedyny raz w tym trymestrze wygoniłam męża do Biedronki po lody :D 


Mamusie, a jak Wy wspominacie drugi trymestr? Podobno jest to najlepszy czas w ciąży, ja nie mogłam narzekać na pierwszy więc do tej pory dalej twierdzę, że w takiej ciąży mogę być zawsze ;)

piątek, 2 lutego 2018

Cukrzyca ciążowa - i co dalej?



Test obciążenia glukozą miałam robiony 14 kwietnia, tuż przed świętami Wielkanocnymi. Po południu odebrałam przez Internet swój wynik i… załamałam się.

Glukoza na czczo – 80 mg/dl – wynik idealny
Godzina po wypiciu glukozy – 209 mg/ml – o zgrozo! Norma do 180 mg/ml
Dwie godziny po wypiciu glukozy – 147 mg/ml – norma do 140 mg/ml

Miałam przed oczami przede wszystkim popuchnięte palce od nakłuwania glukometrem…
19 kwietnia miałam wizytę u lekarza prowadzącego. Powiedział, że wyników nie można bagatelizować bo to może się źle odbić na zdrowiu młodego, a on był najważniejszy. Miałam dwie opcje – albo zgłosić się do poradni diabetycznej ale najpóźniej do końca miesiąca. Gdyby mi się to nie udało, miałam zgłosić się do…szpitala. Także od razu po wyjściu z przechodzi pojechałam do poradni pytać się, kiedy mogą mnie przyjąć. Na całe szczęście kobiety w ciąży nie mogą czekać dłużej na wizytę niż 7 dni do specjalisty więc pierwszą wizytę miałam
24 kwietnia.

Bardzo denerwowałam się pierwszą wizytą, w sumie wiedziałam co to oznacza. Jeszcze przed wejściem do lekarza pani pielęgniarka zaprosiła mnie na pogadankę i naukę jak używać glukometru (dostałam glukometr
„na zawsze”, musiałam tylko kupować paski). Najpierw zważyła mnie i zmierzyła ciśnienie krwi. Następnie zapytała, co jadam na dane posiłki, powiedziała z czego muszę zrezygnować na pewno, a które muszę ograniczyć. Następnie pokazała jak działa gleukometr, jakie są normy wyników glukozy na czczo
i o różnych godzinach. Z cała siatką ulotek i glukometru poszłam do Pani doktor. Pani doktor w sumie powtórzyła mi to wszystko co powiedziała pielęgniarka o żywieniu, pokazała jak zapisywać wyniki . Doradziła, aby dużo chodzić na spacery (oczywiście w miarę możliwości), wtedy cukier nie będzie mocno wzrastał i będzie zdrowiej dla młodego.

Normy pomiarów glikemii dla kobiet w ciąży, kwiecień 2017, mazowieckie:
Na czczo- 80-90 mg/ml
Godzina po posiłku (śniadanie, obiad, kolacja) – 140 mg/ml

Jeżeli po jakimś posiłku wynik przekraczał by normę, miałam zapisać adnotację co dokładnie zjadłam i miałam na to uważać przy kolejnych posiłkach.
Najgorzej było odzwyczaić się od moich ulubionych śniadań - płatki czekoladowe na mleku. Nie było mowy
o owsiance na śniadanie, na samą myśl robiło mi się nie dobrze. Zmieniłam płatki na musli i zmniejszyłam porcję – do trzech łyżek płatek i szklanki mleka 2 %. Po śniadaniu szłam na spacer z psem, przynajmniej 20 minut marszu. Cukier po godzinie po takim śniadaniu plasował mi się na poziomie od 95 do 125 mg/ml, chodź trzy razy byłam powyżej normy. Czasami miałam ochotę na moje płatki czekoladowe
i pozwalałam sobie na nie. Pytałam lekarza prowadzącego czy oby nie krzywdzę dziecka, powiedział, że skoro mam cukier po takim śniadaniu w normie to dlaczego mam sobie odmawiać od czasu do czasu zmiany smaków. I tego się trzymałam. Jadłam wszystko, jednak po każdym obiedzie i kolacji szłam na intensywny spacer – minimum dwudziestominutowy.  Plus zejście i wejście po schodach na czwarte piętro :P Według lekarza to było kluczem w utrzymaniu prawidłowego poziomu cukru we krwi.

Naprawdę, wstyd się przyznać, ale jadłam to, na co miałam ochotę, cukier miałam prawidłowy, a czasami nawet za niski. Pani diabetolog była zadowolona z wyników, nie wnikała dokładnie co jem. Oczywiście zdarzały mi się
i „wpadki”, jednak według lekarzy były one na początku mojej przygody kiedy jeszcze uczyłam się co mi wolno
a co lepiej unikać. Takich wpadek przez 13 tygodni miałam tylko 6.

Niestety w 33 tygodniu moje wyniki cukru na czczo przekraczały normę 90 mg/ml i to codziennie. Została włączona mi na noc insulina, bo niestety dietą nie dało się tego unormować, po kolacji miałam wzorowe wyniki, a w nocy nie wiadomo czemu cukier mi wzrastał i organizm nie mógł sobie z nim poradzić. Po rozmowie z diabetolog wiem, że pod koniec ciąży cukier rządzi się swoimi prawami, tak i niestety było u mnie. Pen dostałam od NFZ, insulinę musiałam sama wykupić. Do insuliny dostawałam nowe igły.

Na wizytę u lekarza zabrałam męża. Dlaczego? Ja nie była bym w stanie sama wstrzykiwać insulinę. Pielęgniarka wszystko wytłumaczyła G. gdzie wstrzykiwać insulinę. Pani diabetyk powiedziała, żebym zaczęła od 2 jednostek o godzinie 22.00. Jeśli rano cukier będzie poniżej 80 mg/ml, mam zmniejszyć dawkę, jeżeli dalej wyższy niż
90 mg/ml zwiększyć dawkę. Jeżeli pomimo zwiększenia dawki dalej cukier na czczo będzie za wysoki, miałam zgłosić się pilnie na ponowną wizytę. Zaczęłam dodatkowo mierzyć sobie cukier o godzinie 22.00 i w zależności jaki był wynik, podawałam insulinę. Ponadto musiałam budzić się o 2-3 w nocy na ponowne mierzenie cukru. Ponadto dostałam skierowanie na badanie krwi, moczu, hemoglobiny, kreatyniny oraz eGFR.

Insulinę mąż wstrzykiwał mi w ramię. Nie bolało tak jak przypuszczałam, jednak bardzo mnie „obrzydzało” miałam zawsze zamknięte oczy przy tej czynności.  Niestety w 35 tc mąż musiał pilnie wyjechać do Warszawy
i niestety coś z ta insulina musiałam zrobić. Żebyście widzieli mnie z penem w ręku i zastanawiająca się 10 minut jak ja to zrobię, pewnie padlibyście ze śmiechu. W końcu ścisnęłam udo i… udało się, przeżyłam i dużo mniej bolało niż w ramię! Także od tego momentu podawanie insuliny nie było tak straszne i robiłam już to sama.

W 38 tygodniu ciąży byłam na ostatniej wizycie u pani diabetolog, omawiałyśmy moje wyniki. Pani doktor była zadowolona, powiedziała, że mam tak dobre wyniki jak całkiem zdrowa nie ciężarna kobieta. Bardzo dobrze było to usłyszeć, bo nie ukrywam z tyłu głowy zadawałam sobie pytanie: Ewelina, jesz wszystko co chcesz, cukier niby w normie, a jednak jak zaszkodzisz dziecku to będzie Twoja wina! Nie jednokrotnie płakałam z tego powodu, upewniałam się u lekarza prowadzacego, że nie krzywdzę swojego dziecka i że młody rozwija się prawidłowo.

W 39 tygodniu ciąży całkowicie odstawiłam insulinę, bo miałam bardzo niski poziom cukru na czczo – często miedzy 70 a 75 mg/ml.

Poród miałam wywoływany ( o tym napisze oddzielny post). Musiałam mierzyć sobie poziom cukru co godzinę
i podawać wynik położnym. Cukier miałam tak niski, że dwukrotnie podawano mi glukozę dożylnie.


Po porodzie miałam zalecenia, aby przez dwa tygodnie mierzyć sobie cukier: na czczo, po śniadaniu, obiedzie
i kolacji. Gdy wszystko będzie w normie, po 6 tygodniach po porodzie powtórzyć test obciążenia glukozą (75g)- trzeba wziąć skierowanie od lekarza rodzinnego na wykonanie go. Jeżeli wyjdzie prawidłowo, powtarzać testy trzeba raz do roku. Jeśli nie, trzeba od lekarza rodzinnego wziąć skierowanie do diabetyka (bo już nie jesteśmy w ciąży i poprzednie skierowanie „pilne” nie działa) i raz na pół roku spotykać się na omawianiu wyników. Moje wyniki wyszły prawidłowo, jednak muszę uważać na to, co jem i kontrolować stan swojego zdrowia.


Pamiętajcie, spuchnięte spoty w ciąży to norma. Jednak nogi powinny powrócić do swojego stanu bądź zmniejszyć swój stan po odpoczynku. Jeżeli puchnie Wam coś więcej niż nogi, albo nogi zawsze są spuchnięte należy zgłosić się do szpitala. tak samo, gdy Wasze ciśnienie krwi jest wysokie, bądź macie białkomocz. Wszystkie to objawy razem bądź nawet pojedyncze mogą wskazywać zatrucie ciążowe, należy objawy konsultować ze swoim lekarzem prowadzącym bądź zgłosić się się do szpitala.

A jak Wy radziłyście sobie z cukrzycą ciążową? Stosowałyście dietę, dużo ruszałyście się? Napiszcie koniecznie w komentarzu :) 

czwartek, 1 lutego 2018

Test obciążenia glukozą


W 24 tygodniu ciąży lekarz zalecił mi wykonanie testu obciążenia glukozą (75 g). Na badanie wybrałam się 
14 kwietnia, w Wielki Piątek. Nie jedna kobieta w ciąży straszyła mnie, że po wypiciu glukozy na pewno będę się źle czuć, ba, a może nawet będę i wymiotować. Nie powiem, stresowałam się tym badaniem, ale nie tym, że będę się źle czuć. Bardziej tym, że trzeba trzy razy pobierać krew, a ja mam tak słabo widoczne żyły że często pielęgniarki „na oko” pobierało mi krew. Przy jednym badaniu pielęgniarka wkłuwała mi się trzy (!) razy. Jeden raz w lewą rękę w okolicy łokcia, później w prawą, a skończyło się na kłuciu na dłoni lewej ręki. Już nie będę wspominać jakie to było nie przyjemne i jaki miałam siniak, bo ciężko było mi uciskać żyłę.

Lekarz podpowiedział, abym wzięła ze sobą cytrynę i schłodzona wodę, więc tak też zrobiłam. W przychodni byłam o 7.45, jednak zanim przyszła moja kolej zrobiła się godzina 8.20. Dla kobiety ciężarnej ( a może dla mnie ciężarnej ;)) każda minuta bez zjedzenia śniadania to tragedia. Obawiałam się po prostu zasłabnięcia. Weszłam do gabinetu, pielęgniarka pobrała mi krew na czczo (hip hip hura! Udało jej się znaleźć żyłę po 5 minutach uciskań). Następnie podała kubek, wsypała glukozę (musiałam ja zakupić sama), zalała wszystko wodą i ucieszyła się, że mam cytrynę. Wcisnęłam sok z połówki cytryny, wszystko dokładnie wymieszałam i wypiłam całą miksturę w przeciągu dwóch minut. Pani po mnie strasznie męczyła się ze swoja glukozą, także użyczyłam jej cytryny. Mówiła, że jej życie uratowałam, patrząc jak później duszkiem wypiła miksturę, wierzyłam jej na słowo :P

Glukoza z cytryną smakowała jak…lemoniada. Słodka lemoniada, którą dało się wypić. I najgorsze było czekanie na kolejne pobranie krwi. Telefon miałam naładowany na maxa, więc odpaliłam swoją ulubioną grę na komórce – Bloons TD 5 i czas dosyć szybko minął. Pielęgniarka mówiła, abym nigdzie nie chodziła bo wyniki będą nie prawidłowe, uwierzcie mi, że bałam się iść skorzystać z toalety! :P Nastało pobranie krwi. Pani od razu stwierdziła, że nie szuka nowego miejsca i będzie kuć w poprzednie pobranie. Kolejna godzina dłużyła się, a to ze względu na głód jaki zaczęłam już odczuwać. Odważyłam się iść do łazienki (jakkolwiek to brzmi :))  Po przejrzeniu wszystkich gazet z poczekalni na zegarze pojawiła się godzina 10.20, pani pobrała mi ostatni raz krew i zadzwoniłam po męża, żeby po mnie przyjechał.


Ręka bolała mnie jeszcze w święta Wielkanocne. A jeśli chodzi o samopoczucie, czułam się dobrze, mały nie ruszał się więcej niż zwykle, więc najgorsze z tego wszystkiego było pobieranie krwi. O godzinie 16.00 miałam już internetowy wynik obciążenia glukozą. Ale jaki on był, opowiem o tym w kolejnym poście.

Jakie są Wasze doświadczenia jeśli chodzi o glukozę? Jak się czułyście po wypiciu słodkiej mieszanki?

środa, 31 stycznia 2018

Pierwszy trymestr ciąży



Wiele kobiet mówi, że od samego początku wie, że jest w ciąży, czują się po prostu inaczej. Niestety ja do nich nie należałam, w sumie żadnych objawów nie zauważyłam u siebie. 

Dzień po spodziewanym okresie (w poniedziałek) z ciekawości zrobiłam test ciążowy, a gdy moim oczom ukazały się dwie kreski po prostu nie uwierzyłam! Przecież nic nie czułam, żadnych bąbelków w brzuchu, dziwnego bólu w podbrzuszu czy piersi. Nic, kompletnie nic! Od razu zadzwoniłam do przychodni i umówiłam się do ginekologa, wizytę miałam mieć za dwa dni.

We wtorek pojechałam na badanie krwi, aby zrobić wynik Bety hCG. Wynik 1047,00 mlU/ml – według dołączonej tabelki to 5-6 tydzień ciąży.  W środę o 13.30 miałam wizytę u lekarza, który potwierdził, że jest pęcherzyk (badanie dopochwowe), jednak jest jeszcze za wcześnie, aby usłyszeć bicie serduszka. Lekarz zalecił, aby po prawidłowym wyniku badań TSH zaczęła brać witaminy dla kobiet w ciąży- PregnaPlus. Jeśli wyniki nie były by prawidłowe, miałam szybko umówić się na kolejna wizytę. Dostałam skierowanie na badania, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Za badania zapłaciłam 315 zł.

Pierwsze badania w ciąży zlecone przez lekarza:
morfologia, badanie ogólne moczu, glukoza, tyreotropina, test przesiewowy na wirus HIV, toxoplazmoza, test kiłowy, rubella (różyczka), TSH oraz przeciwciała i grupę krwi.

Sama poprosiłam o ponowne zbadanie poziomu Beta hCG. Według tego co mówił mi lekarz, wynik codziennie powinien wzrastać o około 33%, a co dwa dni o 50%. Beta wynosiła 2210,00 mlU/ml  wskazując, że ciąża rozwija się prawidłowo. Oczywiście takie przyrosty Bety są tylko na początku ciąży, później Beta nie wzrasta w takim tempie więc  wszelkie wątpliwości powinniśmy konsultować z lekarzem prowadzącym.
Badania wyszły dobrze, zwrócono mi tylko uwagę, abym uważała na cukier w diecie, bo wynik jest trochę większy niż przewiduje norma. Jednak rozmawiając o tym później z lekarzem rodzinnym dowiedziałam się, że norma wyniku glukozy jest do 100 mg/dl – pewnie dla kobiet w ciąży te granice są bardziej restrykcyjne.

W międzyczasie odkryłam, że strasznie przeszkadza mi zapach kawy. Całe szczęście nie piję jej, mój mąż także więc nie cierpiałam aż tak bardzo. Najgorzej było  udawać, że jest wszystko porządku przy mamie kawoszce, myślałam że nie wytrzymam i wyląduje w łazience. Jednak dałam radę, mama nie podejrzewała, że nie jestem już sama.

Dopadło mnie również przeziębienie, a dokładnie katar i dokuczliwy ból gardła. Leczyłam się herbata z cytryną
i miodem oraz sprayem do gardła dozwolonym dla kobiet w ciąży. Nadmienię jednak, że ból gardła dokuczał mi około miesiąc. Próbowałam również tabletek dla kobiet w ciąży Penalen gardło, jednak też nie zdał egzaminu. Dopiero sok z czarnego bzu od mamy poprawił sytuację.

Święta Bożego Narodzenia były magiczne. Powiedzieliśmy rodzicom, że będą mieć wnuka albo i wnuczkę (tak, tak, obydwie babcie liczyły na wnusię :D), jednocześnie poprosiliśmy, aby jeszcze nie mówili o tym innym. Dlaczego? Nie słyszeliśmy bicia serduszka Naszej fasolki, była to wczesna ciąża i niestety wszystko mogło się zdarzyć. 

W święta po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że mam straszne humorki (najbardziej odczuł to mój mąż). Próbowaliśmy zrobić sobie świąteczne zdjęcie przy choince (słowo próbowaliśmy jest słowem kluczowym), małżonek strasznie się śmiał, na 20 zdjęć żadne się nie nadawało, w końcu nie wytrzymałam, wybuchnęłam płaczem, krzykiem i pobiegłam do pokoju. Gdy ochłonęłam, zdałam sobie sprawę, że będzie ciężko, a moi bracia pocieszali G. że zostało już tylko 8 miesięcy ;)

W okresie między świętami a sylwestrem odkryłam, że popołudniowa drzemka to podstawa udanego humoru, chociaż małżonek twierdził, że po drzemkach miałam jeszcze gorszy humor niż przed, chyba nie miał ze mną lekko :P Niestety i do tej pory ulubiony sok pomarańczowy zrobił się okropny.

Sylwestra spędziliśmy we dwoje, a raczej w trójkę. Na spokojnie, bez zbędnego makijażu i strojenia się
w sukienki. Była i drzemka o 21, także wieczór jak najbardziej udany. O północy otworzyliśmy picollo
i wiedzieliśmy, że rok 2017 będzie dla Nas wyjątkowy.

Drugiego stycznia pojawiłam się u lekarza na drugiej wizycie. Wtedy to usłyszałam po raz pierwszy bicie serduszka <3 Pamiętam jak dzisiaj, było to 160 uderzeń na minutę. Fasola miała już prawie 1 cm długości. Na tej wizycie lekarz pobrał mi cytologię. Według badania USG termin miałam na 20 sierpnia 2017. Lekarz na początku wizyty (każdej) pytał się jak się czuję i czy mam jakieś wątpliwości . Zalecił, abym wszelkie pytania jakie będę miała do niego zapisywała na kartce i omówimy je na kolejnej wizycie. Zostałam poinformowana, że na każdą wizytę powinnam mieć zrobione badanie moczu oraz morfologię.

Wiem, że kilka dni po wizycie zaczęłam odczuwać delikatne ciągnięcie w pachwinach i bóle podbrzusza. Piersi też odczuwałam, jednak nie zmieniły one jeszcze swojego rozmiaru. Bóle te były czymś normalnym. Pamiętajcie jednak, jeśli macie jakieś wątpliwości lepiej udać się do lekarza, a kiedy wystąpi plamienie/krwawienie najlepiej od razu pojechać na SOR.

W styczniu więcej wizyt u lekarza nie miałam, przyszły wyniki cytologii, na szczęście były prawidłowe. Pod koniec stycznia byłam już w 12 tygodniu ciąży, więc postanowiłam poinformować pracodawcę o swoim stanie, bo koszule zaczęły delikatnie mnie opinać i prędzej czy później ktoś dla żartu by rzucił czy aby przypadkiem nie jestem w ciąży ;)

Dla ciekawości odwiedziliśmy sklep z wózkami. Pan fachowo opowiedział o kilku modelach, spisał wszystko na kartce żebyśmy mogli sobie popatrzeć na wzornictwo w Internecie i poczytać o wszystkich opinie. Ceny wózków w sklepie wahały się od 1500 do 2000 zł.

Pierwszego lutego miałam kolejną wizytę u lekarza. Po raz pierwszy miałam wykonywane badanie usg przez brzuch. Na tą wizytę lekarz poprosił, aby wszedł też mój mąż i popatrzył co tam zmajstrował ;) Te usg było chyba tym momentem, w którym na prawdę poczułam, że rośnie we mnie dziecko. Widać było już rączki, nóżki, buzię, pamiętam, że bardzo się wzruszyłam, po raz pierwszy zamiast kropki widać było małego człowieka. Fasolka miała już 5,6 cm długości, serduszko biło 160 uderzeń na minutę. Dopiero na tej wizycie założono mi kartę ciąży i miałam ją mieć zawsze przy sobie. Do karty przypięto mi wyniki badań grupy krwi i przeciwciał (musiał to być oryginał odebrany w punkcie, gdzie były robione badania). Lekarz wystawił również zaświadczenie do pracy, w którym tygodniu ciąży jestem.  Termin porodu przesunął się na 14 sierpnia 2017.

Do końca pierwszego trymestru czułam się bardzo dobrze, tak naprawdę, gdyby nie bolało mnie od czasu do czasu podbrzusze i piersi, nie czuła bym, ze jestem w ciąży.

Od początku ciąży schudłam 2 kg, pomimo, że jadłam normalnie, a nie miałam żadnych nudności i wymiotów. Powiedziała bym, że w takiej ciąży mogła bym być zawsze :)

Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca tego obszernego wpisu, jednak chciałam wszystko opisać Wam szczegółowo :) Napiszcie, jak Wy czułyście się na początku ciąży i czy miałyście jakieś objawy czy podobnie do mnie, gdyby nie pozytywny test nie zauważyłybyście tego.



Jak powiedziałam mężowi, że zostanie tatą


Wiadomość o tym, że zostanę mamą była dla mnie szokiem, pomimo, że bardzo tego pragnęłam! 

Pamiętam jak dziś, gdy 12 grudnia 2016 roku z samego rana zrobiłam test
i wyszedł pozytywny. Szczerze, to nie wierzyłam w to, że widzę dwie kreski :) Z drugiej strony zaczęłam zastanawiać się, jak to będzie gdy bobas będzie już z nami, co z moją pracą, czy podołamy fizycznie
i finansowo. 


Od tych wszystkich przemyśleń odechciało mi się jeść. Mąż zauważył, że jestem jakaś "dziwna", ale że każdy
z Nas zbierał się do pracy nie zgłębiał tematu. Uwierzcie mi, cały czas będąc w pracy myślałam o tym, jak powiedzieć kochanemu, że zostanie tatą. Wyszukiwałam różne pomysły w internecie, najczęściej kobiety pakowały małe buciki w pudełeczko i w taki sposób oznajmiały rodzinie o swoim stanie. 


Jak powiedziałam mężowi, że zostanie tatą? 


Zacznijmy od tego, że zastanawiałam się, kiedy o tym powiedzieć mężowi. Sprawę chciałam przeciągnąć aż do świąt. Wyobrażałam sobie jak siedzimy wraz z rodziną przy wigilijnym stole, po kolacji i wspólnym otwieraniu prezentów od Mikołaja. Wyciągam list dla G. niby od zagubionego renifera, w którym napisane jest: "Cześć tato, do zobaczenia w sierpniu :)". 


Zastanawiałam się, czy wytrzymam do świąt i nic nie wygadam, czy może będą męczyły mnie mdłości i jak miała bym wytłumaczyć się przed mężem, że mam grypę żołądkowa? Zaprowadził by mnie do lekarza
i wyszło by na jaw że kłamałam :P Ponadto na wizytę u lekarza i pierwsze badania potrzebowała bym ponad
500 zł, konto mamy wspólne więc tego nie dało by się ukryć ;)  


Także postanowiłam, że wieczorem podzielę się ta radosną nowiną. Po pracy dla pewności poszłam do apteki
i kupiłam drugi test, żeby nie zrobić fałszywego alarmu. Drugi test również wyszedł pozytywnie więc zabrałam się do organizowania niespodzianki. Znalazłam w domu kilka pustych pudełek, był sezon przed świąteczny także
z papierem prezentowym również nie było problemu. 


Zapakowałam testy w najmniejszy karton, owinęłam papierem, następnie włożyłam do większego kartoniku, znowu owinęłam papierem, i tak samo uczyniłam z trzecim i czwartym kartonem :) Gdy mąż skończył pracę, zrobiłam pyszną kolację i czekałam, kiedy będę mogła wręczyć mu mój prezent. Tydzień wcześniej obchodziliśmy 8 rocznicę związku, także wyjęłam pudełko z szafki i pod pretekstem zaległego prezentu czekałam, aż mąż dokopie się do ostatniego kartonu. Nawet nagrywałam filmik, żeby mieć pamiątkę z tego wydarzenia, jednak karta pamięci zapełniła się przy trzecim kartoniku :D 


G. po rozpakowaniu ostatniego kartonika i testów chyba nie wiedział za bardzo co ma powiedzieć, bo patrzył raz na mnie, raz na testy. Chyba po 30 sekundach ciszy wstał i nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego! Ściskaliśmy się i cieszyliśmy z tej informacji, pół nocy przegadaliśmy ( a w sumie obstawialiśmy), czy będzie to chłopiec,
czy dziewczynka, jaki będzie mieć kolor włosów, oczu, no i najważniejsze, kiedy podzielimy się tą informacją
z najbliższymi. 


Jak powiedzieliśmy rodzicom, że zostaną dziadkami?

Święta były idealną okazją, aby to zrobić. Wydrukowaliśmy pierwsze zdjęcie usg naszej fasolki, napisaliśmy krótki list do dziadków i po odpakowaniu prezentów daliśmy im koperty od kulawego renifera :) Jedni dziadkowie nie wiedzieli co powiedzieć z radości, drudzy skakali, także reakcje były całkiem różne. Ważne jednak, że wszyscy czekaliśmy na sierpień, aż Nasza rodzinka fizycznie powiększy się :)

Kochane, napiszcie jak Wy powiedziałyście o ciąży swoim partnerom oraz dziadkom, ciociom i wujkom, jakie były ich reakcje, może któraś szczególnie utkwiła Wam w pamięci? :)

P.S. Testy mamy do dnia dzisiejszego, jest to piękna pamiątka pierwszego świadomego dnia z "nowym lokatorem" :)