Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

Moja historia porodu


 4 sierpnia o godzinie 10:45 trafiłam na salę porodową. Chwilę później przyszła pielęgniarka, zapytała, czy chcę mieć wykonaną lewatywę. Zgodziłam się, tak doradzała Nam położna na szkole rodzenia i szczerze powiem, że bardzo ciesze się, że miałam ją zrobioną :) przy dużym wysiłku różne rzeczy mogły się zdarzyć :P Po całej akcji z lewatywą pielęgniarka zaprosiła mnie do łóżka i założyła wenflon, przez który miałam mieć podaną kroplówkę z oksytocyną. Miałam również zalecenie, aby co godzinę mierzyć poziom glukozy we krwi i wynik podawać pielęgniarkom bądź położnym. Około 11:30 przyszedł mąż, lekko blady i ze wszystkimi torbami :) 

Położna pojawiła się zaraz po moim mężu i zapytała, czy czuje jakieś skurcze. Musiałam się mocno skupić, żeby co cokolwiek czuć. Skurcze były bardzo słabe i nieregularne. Zatem została podkręcona dawka oksytocyny. 

Około 13:20 przyszedł mój lekarz prowadzący zapytać, co tam u Mnie słychać. Nie działo się za wiele, skurcze niby delikatne jakieś czułam, ale to na pewno nie było "to". Zbadał mnie i moje rozwarcie wynosiło już 6 cm. Byłam zadowolona że coś postępuje, nawet pomyślałam sobie, że tak rodzić to ja mogę :D Nic nie boli a akcja postępuje. Dostałam zalecenie, aby iść wziąć 30 minutowy prysznic. Pod prysznic mogłam wziąć ze sobą męża oczywiście ;) oraz piłkę. Po 10 minutach nogi mnie już strasznie bolały, więc usiadłam na piłce, a mąż polewał ciepłą wodą moje plecy, a dokładnie krzyż. Myślałam wtedy, że ta kąpiel jest bardzo pomocna, bo skurcze, które czułam przed nim zrobiły się tak delikatne, że ich nie czuję.

Okazało się, że akcja porodowa ustała. Podczas kąpieli oczywiście byłam odłączona od kroplówki, więc i przestała działać oksytocyna. Położna po raz kolejny mnie zbadała, rozwarcie nic się nie powiększyło. Ponadto miałam bardzo niski poziom glukozy we krwi, wraz z powiększona dawka oksytocyny podano mi glukozę. Żeby grawitacja pomogła w przyspieszeniu porodu, usiadłam na piłce.

Około godziny 16:00 po raz kolejny przyszła położna. Poprosiła, abym się położyła żeby zobaczyć, czy coś się zmieniło. Śmiałam się, że siedzę już tutaj tyle godzin, a obok mnie jedna za druga Panie rodziły i niesamowicie krzyczały, a mnie to nic nie boli. Tak, śmiałam się, ale jak się okazało, tylko jeszcze przez chwilkę. 

Położna zapytała, czy chce przyspieszyć poród czy leżeć na sali do jutra. Oczywiście, że chciałam mieć to już wszystko za sobą! Zapytała, czy wyrażam zgodę na przebicie wód płodowych, wtedy raz dwa urodzę. Powiedziałam, że oczywiście. Minute później było już po sprawie, poczułam ciepło i bardzo dużo wody, która ze mnie wypływała jeszcze długi czas. Nie spodziewałam się takiego uczucia i chyba trochę ze strachu przed nieznanym...popłakałam się. Ale nie tak, że mi popłynęła po cichu łezka. Szlochałam jak szalona, nie mogłam się uspokoić. 

Po chwili poczułam ogromny ból w dole brzucha. Ból, jakiego nigdy nie odczułam nawet podczas najgorszych miesiączek. Od razu przestałam płakać. Podczas skurczy miałam głęboko oddychać, aby dziecko dostawało jak najwięcej tlenu. Spojrzałam na zegarek, była godzina 16:30. Parę skurczy później poprosiłam o gaz rozweselający. Oddychałam przy jego pomocy około 20 minut. Gaz nie łagodzi bólu. Powoduje, że kobieta skupia się na oddychaniu i ból schodzi na drugi plan. Po 20 minutach położna zdecydowała, że rezygnujemy z gazu. Wiecie, że musiała mi wyszarpać z rąk maskę bo nie chciałam jej oddać? :P Byłam przerażona, co ja będę ze sobą robić podczas tak silnych skurczy. 

Po zabraniu gazu położna zbadała mnie. Miałam 8 cm rozwarcia. Próbowała wykonać mi masaż szyjki, po kilku sekundach błagałam ją, aby wyjęła rękę. Ten ból w porównaniu do skurczy był okropny. Nawet w dalszym etapie porodu nie bolało nic tak samo jak ten masaż. Położna rękę wyjęła, jednak powiedziała, że taki masaż zdecydowanie przyspieszył by poród. Po raz kolejny poziom glukozy we krwi miałam niski więc dostałam druga dawkę glukozy.

Około 17:30 poczułam, że muszę do toalety i to nie na siusiu. Zapytałam położnej, czy mnie puści, ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że mnie zbada i powie czy mogę iść czy nie. Badanie wykazało, że mam pełne rozwarcie i zaczęły się skurcze parte. Także zamiast do łazienki, zaczęłam przeć. 

Powiem Wam, że na początku nie wiedziałam jak przeć, a ból w skali do 10 miał 100 punktów :P Po 20 minutach i krzyknięciu, że ja już nie chcę rodzić (:D) nauczyłam się, jak przeć. Zauważyłam, że skurcze nie są tak bolesne, gdy mocno prę. Minęła godzina 18:30 a już po raz kolejny słyszałam,  że jeszcze kilka razy i bobas będzie z nami na świecie. Byłam tak zmęczona ale jednocześnie zmotywowana, żeby zakończyć już poród, że parłam dalej na 100 %. W międzyczasie podkręcono dawkę oksytocyny na maxa.

O godzinie 18:45 przyszedł mój lekarz prowadzący i został już do końca. Położna stwierdziła, że ja do 19:00 MUSZĘ urodzić. Muszę, bo ona się umówiła, że po pracy odbierze męża i pojada na zakupy :D Taki śmieszek z niej ;) o godzinie 18:50 na sali pojawiło się chyba z 8 osób, o 19:00 w Naszym szpitalu jest zmiana personelu więc nowa zmiana czekała już na podmiankę. Z jednej strony motywował mnie mąż, że już blisko, ze dam radę, że jeszcze dwa razy i Jasiek będzie z nami, a z drugiej lekarz trzymał mnie za rękę i mówił, że super sobie radzę. Powiem Wam, że gdyby nie mój mąż, to ja nie wiem jak bym urodziła, ale o porodzie rodzinnym chce napisać oddzielny post :)

O godzinie 19:00 na sali pojawił się inny lekarz, aby mój poszedł i mu pomógł w cesarce. Mój jednak powiedział, że pomaga w porodzie swojej pierworódce, więc nie może w tej chwili ode mnie odejść. Na to tamten lekarz stwierdził, że pomoże mu przy odbieraniu porodu i później "ogarnięciu mnie" wraz ze swoim całym zespołem. Więc na sali było już 15 osób :D Szczerze, było mi wszystko jedno, mógł być tam i sam prezydent, chciałam już tylko urodzić. Przy kolejnym skurczy usłyszałam tylko komentarz: "ona zaraz pęknie", na co mój lekarz mówił, że nie, że dam radę. Niestety, dwa skurcze później poczułam bolesne pieczenie, domyślałam się, ze miałam nacinane krocze. 

Około 19:10 lekarz obiecywał mi, że za max 10 minut dziecko będzie już ze mną. Mąż tylko mi powiedział, że widać już główkę, że to już koniec. Położna i reszta załogi tak mi dopingowali, że po dwóch skurczach Jasiek był już z Nami! 

Jak mogę opisać to uczucie? Po prawie 2 godzinach parcia nic do mnie nie docierało. Żadne słowa położnej, neonatolog, która mówiła coś na głos ani lekarza. Byłam tak wyczerpana, że mąż myślał, że zemdlałam. A ja marzyłam tylko o tym, aby położyć się spać i cokolwiek zjeść. Byłam przeokrutnie głodna i senna. Nie wiedziałam tylko, co chce zrobić najpierw, czy zasnąć, czy zjeść :P

W międzyczasie przyłożono młodego kontaktem "skóra do skóry", na kilka sekund. Pytałam męża, ile Jasiek waży i ma centymetrów. Trzy razy mi powtarzał i nie mogłam zapamiętać. Zapamiętałam chyba dopiero jak świeżo upieczony tatuś dzwonił z radosną informacją do dziadków.

Lekarz powiedział, że teraz pora urodzić łożysko. Jednak "urodzić" było tu słowem nie ma miejscu, bo nawet nie wiedziałam, że jest już po fakcie :) Następnie zostało mi znieczulone krocze i lekarz wziął się za zszywanie. W tym momencie pamiętam, jak strasznie się trzęsłam. Trzęsłam się tak, że nie mogłam opanować drgawek na całym ciele. Aż lekarz poprosił mnie chociaż o chwilowe powstrzymanie ich, nie wiedziałam, czy to od zimna czy od tak dużego wysiłku. W trakcie zszywania poproszono, aby mój mąż wziął ubranka dla młodego (Ewelina, a co to jest kaftanik? :D) i poszedł razem z nią do dziecka. Pierwszy raz rodziłam i nie wiedziałam, co się dzieje z dzieckiem zaraz po porodzie. Teraz już wiem, że jeśli jest wszystko w porządku to dziecko jest ciągle przy matce. Wtedy o tym nie myślałam, chciałam, aby mąż był ciągle przy mnie, czułam się przy nim bezpiecznie. Jednak dziecko ważniejsze i na sali zostałam sama z lekarzem i nową położną.

Po zszyciu położna poprosiła, abym przeniosła się na inne łóżko. Nie czułam nóg, w sumie to ona mnie przeciągnęła na to łóżko, okryła kołdrą bo drgawki dalej nie ustępowały i przewiozła ze wszystkimi torbami na salę poporodową.

Leżąc tam zastanawiałam się, gdzie jest moje dziecko i mąż. Pani położna przykładała mi lód do krocza, miałam je sine i opuchnięte. Pomogła założyć majtki i podpaskę. Powiedziała, że jak by co mam krzyczeć i ona mi we wszystkim pomoże.

Minęło 10 minut w samotności. Na korytarzu usłyszałam tylko: ja nie wiem czemu urodził się siny, przecież monitorowaliśmy tętno przez cały poród. Pomyślałam: czy to o mnie mowa? W międzyczasie żadna inna kobieta nie rodziła. Byłam przerażona, gdzie jest mój mąż i moje dziecko?

Co działo się dalej? Zapraszam do kolejnego postu, gdzie opiszę cały pobyt w szpitalu :)

piątek, 9 marca 2018

Pobyt w szpitalu przed porodem


Jak wiecie z poprzedniego wpisu 3 sierpnia zjawiłam się w szpitalu ponieważ miałam skierowanie na oddział patologii ciąży. W szpitalu pojawiłam się o godzinie 7.30 ze wszelkimi tabołami dla mnie i dla dziecka :D miałam ze sobą dwie torby plus plecak :D przyjmowała mnie położna, która powiedziała, żebym przebrała się w koszulę. Następnie dałam jej wszelkie dokumenty dotyczące ciąży, wyniki badań, dowód osobisty oraz dokumenty o ubezpieczeniu. Chcę napisać o tym osobny post, co należy zabrać ze sobą do szpitala - jakie dokumenty, ubrania dla kobiety, dziecka i wszelkie akcesoria, dlatego nie będę teraz na tym za bardzo się skupiać. Po wypełnieniu wszelkich papierków, położna podłączyła mnie pod KTG na 30 minut a sama dalej zajęła się papierologią. Po KTG miałam na korytarzu poczekać na lekarza, który miał mnie zbadać. 

Na dyżurze był mój lekarz prowadzący więc miałam nadzieję, ze to właśnie on przyjdzie z oddziału. No niestety, przyszła pani doktor. Zaprosiła mnie na fotel i....zbadała. Było to bardzo bolesne badanie, nigdy w życiu mój lekarz prowadzący nie badał mnie z taką siłą! Ból był tak silny, że byłam cała spięta, a od lekarki usłyszałam: ojej a co będzie jak ja będę rodzić? Ponadto stwierdziła, że "po co ja się pojawiłam w szpitalu, jak ja nie mam nawet rozwarcia". Hola hola, jak nie mam rozwarcia, jak dwa tygodnie temu miałam już 2 cm? Cofnęło mi się czy co? Nic nie powiedziałam, chciałam tylko trafić na oddział, gdzie mogłam porozmawiać ze swoim lekarzem. 

Pani położna odprowadziła mnie na oddział, na sali byłam sama. I dobrze i źle. Mogłam swobodnie czuć się w sali, jednak nie mogłam się do nikogo odezwać. O godzinie 11 mój lekarz prowadzący zaprosił mnie na usg. Z młodym było wszystko w porządku, jednak według lekarza osiągnął już wagę 3850 gram. Lekarz powiedział, że porozmawia z innymi lekarzami i ustalą, kiedy mam mieć wywoływany poród. Wróciłam na sale i z niecierpliwością czekałam na informację co ze mną. Tv oczywiście w szpitalu płatne ale stwierdziłam, że skorzystam z darmowego (!) Wifi i tak do godziny 15 przeleżałam oglądając rożne filmiki na yt. Och nie wspomniałam, do szpitala miałam zgłosić się na czczo, żeby można było mi pobrać krew do różnych badań. Miałam ponowne wykonane badanie na HIV oraz standardową morfologię. O godzinie 13 wypatrywałam z utęsknieniem na szpitalny obiad (jak kolwiek to brzmi :D), byłam okropnie głodna! W plecaku były spakowane bułki maślane, dla męża na czas porodu, jednak ja sobie możecie wyobrazić do końca dnia trochę ich ubyło :P O godzinie 17 zostałam przeniesiona do sali obok, trafiłam na super wygadaną panią :) Powiedziała mi, ze około godziny 18 będziemy mieć robione KTG a między 19.30 a 20.00 mamy mierzyć ruchy dziecka. Około 21.00 pojawił się u Nas obchód - lekarz, położna i kilkoro studentów. Oczywiście niczego się nie dowiedziałam co w mojej sprawie, bo "oni dopiero co zaczęli pracę a w karcie nie ma informacji o porodzie". Mąż wieczorem dowiózł nam wiatrak, było tak duszno, że nie mogłam spać. Także spędziłam pierwsza noc w szpitalu. Była tragiczna.

Rano, nawet bardzo rano, bo o godzinie 5.00 do sali weszła położna, zapaliła wszelkie światła, zmierzyła Nam ciśnienie krwi oraz temperaturę. Oczywiście rozbudziła Nam do tego stopnia, że nie mogłyśmy już później zasnąć. O godzinie 8 miałyśmy podłączone KTG i miałyśmy liczyć ruchy dziecka. Po godzinie 9 do sali przyszedł lekarz z obchodem więc zapytałam się, co ze mną. Powiem szczerze że czułam się w szpitalu tragicznie pod względem psychicznym. Stwierdziłam, że skoro z dzieckiem i ze mną jest wszystko w porządku, a nie mają zamiaru "coś ze mną zrobić" to wypisuję się na żądanie, przynajmniej weekend spędzę we własnym wygodnym łóżku. Lekarz powiedział, że zaraz po obchodzie położna zawoła mnie na badanie i tak ustalimy co dalej. 

Szłam na to badanie z "bojowym zadaniem", aby coś w mojej sprawie zadecydowali, albo idę do domu :D Lekarz zaprosił mnie na fotel, uprzedził, że badanie może być nie przyjemne, jednak w porównaniu z tym, co działo się dzień wcześniej, był to pikuś. Lekarz stwierdził, że mam...4 cm rozwarcia! Od razu inaczej na mnie spojrzał, zwłaszcza, że dzień wcześniej miałam niby zerowe rozwarcie. Zapytał wprost, po co pojawiłam się wcześniej w szpitalu. Powiedziałam, ze miałam mieć wywoływany poród ze względu na przypuszczenie, że dziecko jest duże a ja mam cukrzycę ciążową. Pielęgniarka sprawdziła kalendarz, niestety "wolny" termin był aż na poniedziałek. Miałam już przed oczami wizje leżenia przez cały weekend na oddziale i "płakania do poduszki", jednak lekarz powiedział, żebym chwilkę poczekała, on musi coś sprawdzić. Wyszedł z pokoju a w tym czasie studentka, na którą wyraziłam zgodę zapytała, czy sprawdzić moje rozwarcie, stwierdziłam, że w sumie na kimś musza się uczyć, ale pani była bardzo delikatna więc cieszyłam się, że w sumie jej pozwoliłam na naukę :)

Po około trzech minutach wrócił lekarz i z uśmiechem na twarzy powiedział: urodzi Pani dzisiaj! Nie wiedziałam co powiedzieć, z jednej strony cieszyłam się, że wyjdę ze szpitala z dzieckiem a z drugiem obawiałam się porodu. Wyraziłam zgodę na podanie oksytocyny, podpisałam papiery i miałam być gotowa na przejazd na porodówkę za 10 minut. Zapytałam, czy mogę już po męża dzwonić, położna z uśmiechem stwierdziła, że jest dużo za wcześnie, ale jeśli chcę aby mąż ze mną czekał na rozwój wydarzeń, mogę po niego dzwonić. Mąż myślał, że już i teraz rodzę, chyba trochę spanikował bo dopytywał się milion razy gdzie ma iść i czy coś ma wziąć :P przysłano po mnie "bardzo przyjemną" pielęgniarkę, która stwierdziła, a raczej z wyrzutem egzystencji stwierdziła, że ona :żadnej torby mi nie weźmie, mam sama sobie wziąć jedna torbę "najpilniejszą". 

Co działo się dalej? Dowiecie się w kolejnym poście o porodzie :)

środa, 7 marca 2018

Trzeci trymestr ciąży


Trzeci trymestr ciąży był dla mnie dość intensywny. Po remoncie dużo czasu spędziłam na posegregowaniu rzeczy i poukładanie ich tak, abym mogła je szybko znaleźć. W międzyczasie zostały Nam zamontowane drzwi do pokoi oraz łazienki - tak, wkońcu mogliśmy zapraszać kulturalnie gości i mogli bez skrępowań korzystać z łazienki :) Zamówiliśmy także meble pod wymiar do łazienki, salonu, sypialni i pokoju młodego, miały być gotowe pod koniec czerwca.

17 maja - 29 tc wkońcu mogłam zobaczyć twarz swojego groszka! Odwrócił się do Nas na trzy minuty, gdy lekarz chciał jeszcze raz zrobić zdjęcie buzi, mógł obejrzeć tylko tył głowy :P Serduszko biło 143 uderzeń na minutę, mały ważył już 1212 g! 

Wkońcu ustaliliśmy, że zamiast groszka w brzuszku mamy Jasia :) Myśleliśmy o tym imieniu od lutego, jednak zastanawialiśmy się, czy nie będzie ono za poważne- Jan, jednak jest kilka zdrobnień dopasowanych do każdego wieku więc młody powinien być zadowolony z takiego wyboru :)

Pod koniec maja wybraliśmy się na cztery dni nad morze. Stwierdziliśmy, że jest to ostatni dzwonek na odpoczynek, później może być już mi ciężko wytrzymać pięć godzin w samochodzie i temperatury mogą być bardzo męczące. Z pogodą trafiliśmy idealnie! Było ciepło, lecz jeszcze nie gorąco. Na cztery dni jeden był chłodniejszy i padał czasami delikatny deszczyk, jednak i tak spędziliśmy go aktywnie, bardzo dużo spacerowaliśmy nad morzem z naszym ukochanym psem. Zawsze marzyłam o wypadzie nam morze z psem, wkońcu udało się :) Perła była grzeczna, pilnowała się "naszego obozu" plażowego, nie biegała za innymi. Oczywiście co godzinę wyprowadzaliśmy ja z plaży żeby mogła na spokojnie załatwić swoje potrzeby. Wogóle przygotowując się na wyjście na plażę miałam duży problem z dobraniem stroju kąpielowego. W końcu udało mi się coś znaleźć dwuczęściowego, więc jeśli wychodziłam na słońce zakładałam koszulkę na ramiączka, jeżeli odpoczywałam w cieniu miałam na sobie tylko strój - żeby czuć się komfortowo mieliśmy rozstawiony parawan, żeby nikt "wielorybka" się nie wystraszył, a żeby dzieci nie zaczęły płakać na mój widok :D

Na początku czerwca zaczęliśmy chodzić na szkołę rodzenia, jest o tym osobny post KLIK.

14 czerwca - 32 tc, miałam kolejna wizytę u lekarza. Miałam na tą wizytę zrobione badania: krwi oraz moczu. Mocz wyszedł średnio, jednak w porównaniu z tym jak źle bywało, było całkiem przyzwoicie. Na wizycie lekarz szybciutko zrobił usg, z młodym było wszystko w porządku.

17 czerwca poszliśmy na 1 z 5 wesel w roku 2017 :P niestety było to pierwsze i ostatnie, następne były zbyt blisko porodu albo tuz po porodzie. Jak wszystkim mówię, do której byliśmy na parkiecie to nie wierzyli, że jestem w 32 tygodniu ciąży :P tańczyliśmy do....04:15 rano! :D Oczywiście robiliśmy sobie przerwy (głównie na lody :D), na spacer aby nogi ciut odpoczęły od tańca i na bezalkoholowe drinki ;) Usłyszałam nie raz, że ludzie podziwiają, że daję rade tyle tańczyć, szczerze to i ja byłam zdziwiona ;) jednak na drugi dzień byłam tak zmęczona, że do końca ciąży nie było mowy o powtórzeniu wyniku wysiłku z wesela :)

20 czerwca - 33 tc, panowie zaczęli montować Nam meble. Byłam bardzo zadowolona, wkońcu wywalę z domu wszystkie kartony i będziemy mogli wkońcu wszystko poukładać. Montaż zajął cały tydzień. Niestety mamy tak krzywe ściany, że panowie co chwila musieli coś na nowo wycinać albo przycinać żeby meble jak najbardziej dopasowały się do "standardów" mieszkania ;) A ja, szalona ciężarówka, w 34 tygodniu ciąży wszystko sobie posprzątałam, umyłam wszelkie meble, poukładałam rzeczy i ... umyłam wszystkie okna :D a co, jak szaleć to szaleć, czułam się dosyć dobrze, od czasu do czasu dokuczał mi kręgosłup, ale mogłam w każdej chwili liczyć na pomoc męża.

W międzyczasie minęła nasza 1 rocznica ślubu <3 czy to nie cudowne, gdy świętuje się jednocześnie rocznicę tak ważnego wydarzenia w życiu dwojga ludzi oraz wyczekuje się na jeszcze piękniejsze chwile? 

Niestety moja glukoza zaczęła szaleć, jednak jest o tym osobny post, więc zapraszam ciekawych co się działo TUTAJ.

9 lipca byliśmy umówieni na sesję ciążową. Powiem Wam szczerze, że powinniśmy umówić się na nią chociaż trzy tygodnie szybciej. Fotograf - moja dobra koleżanka, bała się, żebym jej przypadkiem nie urodziła :D Jest to cudowna pamiątka z tego okresu, chyba nigdy nie miałam tak pięknie zrobionych zdjęć! Serdecznie polecam wszystkim przyszłym mamom, pamiątka na całe życie :)

14 lipca - 37 tc, zrobiłam kilka badan na następną wizytę u lekarza. Były to badania krwi, moczu, HBs oraz przeciwciał. Mocz wyszedł mi tragicznie, były to najgorsze wyniki dotychczas. Mój lekarz był niestety na urlopie, nie mogłam się do niego dodzwonić, więc z wynikami udałam się na sobotnią izbę przyjęć. Lekarz uspokoił mnie, że to jest całkiem normalnie na końcówce ciąży, żebym wzięła urofuraginum i w poniedziałek powtórzyła badania. Wzięłam tabletkę i spokojna wróciłam do życia codziennego. Po południu oddzwonił mój doktor i absolutnie nie kazał brać już żadnych tabletek, gdyż po 36 tc nie zaleca się brania nic na zapalenie moczu, miałam w poniedziałek powtórzyć badania i dać znać jak wyszły. 
Badania powtórzyłam i ku mojemu zdziwieniu wyszły idealnie! Jak później się dowiedziałam, wpływ na wyniki badań może mieć także miejsce oddawania moczu (toaleta w laboratorium, gdzie stresowałam się, że nie mogę zrobić siku, chciałam tak mocno, że w moczu pojawiła się krew). 

17 lipca wraz z koleżankami zorganizowałam bociankowe :) Każda z Nas była pierwszy raz na takiej imprezie. Wymyśliłam kilka zabaw, aby dziewczyny nie nudziły się za mocno ;) Miedzy innymi zgadywanie bajek po piosence, zgadywanie po zdjęciach bohaterów różnych bajek, zgadywanie jaki smak mają papki dziecięce, jaki mam obwód brzucha oraz wypełnianie kart pamiątkowych z tego dnia, życzenia dla Jasia. Dostałam wiele cudownych prezentów - jednak szczegółowo opowiem o tym w oddzielnym poście :)

19 lipca miałam ostatnią przed porodem wizytę u lekarza. Był to 38 tydzień ciąży, więc z każdą nieprawidłowością miałam zgłaszać się już do szpitala. Na wizycie miałam zrobiony posiew na paciorkowca. Młody ważył już 3316 gram. Lekarz przewidywał wagę około 3800 gram w 40 tygodniu ciąży, więc powiedział, że jeżeli nie urodzę do 3 sierpnia, mam zgłosić się do szpitala i będę mieć wywoływany poród bo później mogą być problemy z naturalnym porodem. Miałam już 2 cm rozwarcie. Nie wiem czemu, ale chciała koniecznie urodzić w sierpniu, więc jak usłyszałam o rozwarciu kolejne dni przeleżałam w łóżku żeby absolutnie nie potrzebnie forsować się i przypadkiem nie pomóc młodemu wyjść szybciej na świat :P

28 lipca od rana słabo czułam ruchy młodego. O godzinie 14 pojawiłam się na badaniu KTG w szpitalu, okazało się, że młody ma się dobrze, po prostu wypoczywa przed przyjściem na świat :) 

Gdy minął 1 sierpnia byłam bardzo zadowolona a jednocześnie przerażona, bo to zaraz mój ukochany synek pojawi się na świecie! :) Do 3 sierpnia nic się nie działo, więc o 7.30 pojawiłam się w szpitalu na oddziale. Chcę o tym napisać osobny post, wiec zdradzę Wam tylko, że mój synek przyszedł na świat dzień później. A jak do tego doszło? Zapraszam na kolejny post :)

Drogie mamusie, a Wy jak wspominacie ostatnią prostą w ciąży? Dla mnie był to czas przygotowywania się do wielkiego wydarzenia, kompletowania wyprawki i cieszenia się ostatnimi chwilami "troje we dwoje" :)

środa, 7 lutego 2018

Szkoła rodzenia



W naszym miejskim szpitalu do szkoły rodzenia można zapisywać się po skończeniu 24 tygodnia ciąży. Jednak na same zajęcia położne zapraszają zazwyczaj po 30 tygodniu.

Będąc na wakacjach nad morzem (drugiego czerwca) dostałam telefon, że od czerwca startuje nowa grupa. W sumie to już zaczęła zajęcia wczoraj (pierwszego czerwca) ale Pani źle obliczyła mój termin porodu i że woli nie ryzykować zaplanowanymi dla Nas zajęciami w lipcu. 

Szkoła rodzenia proponuje 6 spotkań po około 1,5 - 2 godziny, podczas których omawiane są zagadnienia związane z ciążą, karmieniem dziecka i laktacją, pielęgnacja dziecka, porodem, noworodkiem oraz połogiem. Za taki kurs płaciliśmy 100 zł za osobę. Chodziłam do szkoły rodzenia wraz z mężem.

Tak jak wspomniałam, pierwsze spotkanie Nas ominęło, mieliśmy je odrobić z lipcową grupą. Mowa była ogólnie o ciąży i rozwoju dziecka w ostatnich tygodniach jego życia w brzuchu mamy. Gdy przyszedł termin lipcowego spotkania...nie chciało Nam się na niego jechać. Stwierdziliśmy, że ciążę już przeżyliśmy i najważniejsze informacje już nam powiedziano. Tak, to było lenistwo ;)

Na drugim spotkaniu położna opowiadała o porodzie, jak rozpoznać, że rozpoczęła się akcja porodowa, jak liczyć regularność skurczy, kiedy odpływają wody płodowe a kiedy odchodzi czop. Wyjaśniała, w jakich pozycjach możemy rodzić (generalnie mamy prawo do rodzenia w takiej pozycji, w jakiej Nam jest najwygodniej), jak łagodzić ból przedporodowy, o kryzysie 6-7-8 cm. Mówiła, jak zazwyczaj kobiety zachowują się przy porodzie, jak zachowują się partnerzy, o plusach porodu rodzinnego z partnerem, oraz o tym, co dzieje się z nami i dzieckiem tuż po porodzie. Następnie zaprowadziła Nas na oddział, gdzie pokazała wszystkie sale porodowe (akurat na oddziale były pustki, tylko jedna Pani tego dnia urodziła, także mogliśmy wszystko zobaczyć i wszędzie zajrzeć), sale poporodowe i opowiadała generalnie co trzeba zrobić, gdy zacznie się poród, gdzie należy się zgłosić. Wyjaśniła również, co warto zabrać ze sobą do szpitala, a co w ogóle nie jest przydatne i przereklamowane. 

Trzecie spotkanie było o pielęgnacji dziecka. Jak na złość mąż musiał pilnie wyjechać na spotkanie służbowe, a bardzo mu zależało aby nauczyć się, jak kąpie się dziecko. Bo według położnej, tatusiowie to bardzo lubią i należy oddać Panu ta czynność. My mamy karmienie piersią, oni mają kąpanie i każdy jest zadowolony :) Położna opowiedziała jak pielęgnować dziecko przy przewijaniu i dbać o okolice okołopieluchowe. Pampers jest głównym sponsorem szkoły rodzenia więc też mieliśmy wykład o tym, jak ta pieluszka jest lepsza od innych marek, taka autoreklama. No i najważniejsze: kąpanie. Nauczyliśmy się chwytów do kąpieli dziecka, jak przygotować pomieszczenie i wodę do kąpieli, jakie stosować kosmetyki (nie, tym razem było bez nazw ;)), jak myć dziecko, jak pielęgnować jego ciało i ogólnie kiedy najlepiej jest kapać dziecko. 

Czwarte spotkanie mieliśmy z neonatologiem i Pani Doktor opowiadała Nam o tym, co dzieje się z dzieckiem od czasu przyjścia na świat do czasu wypisania ze szpitala plus kilka sytuacji z późniejszego życia. Między innymi mówiła o przecinaniu pępowiny, punktach Apgar - zostało dokładnie omówione ile punktów dostaje dziecko i za co i jeśli są obniżane punkty to jakie musiały zostać zauwazpne "odchylenia", kontakcie skóra do skóry dziecka z matką, o smółce i kupce dziecka, różnych zmianach skórnych, żółtaczce fizjologicznej, podaniu witaminy K, szczepieniach, badaniu słuchu i badaniu na hipotyreozę i fenyloketonurię. Po ostatnim badaniu, jeżeli z dzieckiem jest wszystko ok (i z mamą oczywiście też) zostajemy wypisani do domu. Zazwyczaj jest to 48 godzin po porodzie, chyba że urodzicie wieczorem lub w nocy musicie odczekać aż do następnego dnia.

Na piątym spotkaniu omawiana była sprawa karmienia piersią i laktacji. Pani neonatolog opowiadała Nam o tym, jak prawidłowo przystawiać dziecko do piersi, pozycje do karmienia, o problemach z laktacją, początkowym mleku czyli siarze oraz o nawale mlecznym i jak sobie z nim radzić. 

Ostatnie spotkanie to najmniej przyjemna część ciąży i porodu- dowiedzieliśmy się co nieco o połogu i baby blues. Powiem Wam już z własnego doświadczenia, że poród przy tym to był pikuś - oczywiście jak dla mnie. Ale o tym napisze w oddzielnym poście. Położna opowiedziała, co dzieje się z kobieta po porodzie, o krwawieniu, zmiennych nastrojach, poceniu się, depresją, zmęczeniem. Wiele rzeczy o połogu wyczytałam z blogu mamaginekolog, także nie przeżyłam takiego szoku co tam się może dziać po porodzie. Położna omówiła z Nami nawet temat seksu po porodzie, tutaj wszyscy tatusiowie słuchali bardzo uważnie, powiedziała bym nawet że z największym zaciekawieniem podczas całej szkoły rodzenia :D

Ja osobiście mogę serdecznie polecić chodzenie do szkoły rodzenia. Wiele kobiet mówi, że więcej dowie się z książek czy internetu, jednak jeśli inna osoba opowiada o tym wszystkim z doświadczeniem i pełną pasją, wiedza przyswajana jest bardzo szybko i długo pozostaje w pamięci. Oczywiście wszelkie "suche" informacje były swoja drogą, a praktyka swoją ;) baliśmy się strasznie pierwszego kąpania (nie wiem w sumie czego, chyba że utopimy dziecko w wanience :D), a okazało się to banalnie łatwe. Natomiast tak łatwe karmienie piersią było dla mnie wielką walką, ale o tym tez napisze osobny post. Podsumowując: polecam. I nie napisałam najważniejszego. Dzięki szkole rodzenia przekonaliśmy się, że poród z partnerem to fajna sprawa :)