Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 marca 2018
Pobyt w szpitalu po porodzie
Po przewiezieniu na salę poporodową czekałam z niecierpliwością na męża. Byłam przerażona słowami, które usłyszałam. Czy z moim dzieckiem jest wszystko w porządku?
Zawołałam położną, nie mogłam już wytrzymać. Zapytałam, gdzie jest mąż i dziecko. Pani powiedziała, że dziecko jest dogrzewane i jest to taka standardowa procedura a mąż jest przy dziecku. Uspokoiłam się tą odpowiedzią i postanowiłam chwilkę odpocząć.
Parę minut później przyszedł mój mąż. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam na jego widok. On sam był tak szczęśliwy, chyba tak szczęśliwego widziałam go w dniu Naszego ślubu. Było widać, że zakochał się na nowo. I to mi ciągle powtarzał, że jest ze mnie taki dumny, że bardzo mu zaimponowałam i że bardzo mnie kocha. A zakochał się w swoim ukochanym dziedzicu :)
Zapytałam, czy z Jasiem wszystko w porządku. Potwierdził słowa położnej, że młody wygrzewa się i pokazał mi jego zdjęcie. Szczerze mówiąc przez te parę sekund widziałam go, ale kompletnie nie kontaktowałam. Na zdjęciu młody wyglądał...fatalnie :P jak typowy kartofelek po porodzie :) dla mnie wszystkie dzieci tak samo wyglądają.
Za kilka chwil położna przywiozła młodego. Nie mogłam uwierzyć, że ten skarb jest już Nami, że mogę go przytulić. Położna zapytała, czy chcę karmić piersią. Powiedziałam, że jak najbardziej, ale nie jestem pewna czy się uda. Niestety, sukcesu nie było, położna przyniosła mm i nakarmiła Jaśka. Dlaczego nie mogłam nakarmić synka? O moich problemach z karmieniem napisze osobny post.
Następnie położyła młodego obok mnie, czułam jego zapach, kochałam tego kartofelka całym serduszkiem :) Zadzwoniliśmy do rodziców, rodzeństwa, przyjaciół i informacją, że zostaliśmy rodzicami. Wszyscy chcieli zobaczyć zdjęcie a uwierzcie mi, to które zrobił mąż nie nadawało się do pokazywania ;) Obiecaliśmy, że jak młody trochę "wyładnieje" to wyślemy nawet i kilka zdjęć.
Po dwóch godzinach przewieziono nas na salę ogólną. Na sali leżała jedna Pani z córką. Miałam zalecone, abym leżała około 10 godzin. Około 23 ubłagałam położną, żebym mogła iść do łazienki. Z jej pomocą i męża przeszłam do toalety i... nic się nie działo. Chciałam zrobić siusiu jednak nie mogłam. Siedziałam tam dobre 30 minut, jednak nic się nie działo. Położna zaglądała do Nas co chwila, aż wkońcu odkręciła kran i wtedy było po sprawie :)
Udało Nam się też zrobić "eleganckie" zdjęcie młodego, dość szybko zeszła mu opuchlizna i nabrał dobrego kolorytu skóry. Fota poszła w ruch, wszyscy cieszyli się naszym szczęściem.
Po porodzie nie mogłam usiąść, chodzić było też mi bardzo ciężko, nie ze względu że było słabo, a przez ból. Młody spał w najlepsze, jednak zastanawiałam się, kiedy to przyjdzie pielęgniarka i go przewinie? Mąż poprosił panią pielęgniarkę, żeby do nas przyszła, bo mamy kilka pytań. A okazało się, że to my powinniśmy młodego przebierać co mniej więcej trzy godziny, ale pokazała Nam jak to robić i następne przebierania ogarnialiśmy we dwójkę. Po raz kolejny młody został nakarmiony mm, a mąż był tak wyczerpany, że pojechał do domu.
Ja postanowiłam również się zdrzemnąć. Około godziny 6 rano młody zaczął krzyczeć niesamowicie, noszenie na rękach nic nie pomagało, nakarmienie mm tez nic nie dało, także przez dwie godziny chodziłam z kąta w kąt w sali i bujałam młodego.
Około godziny 8 została przywieziona kolejna Pani do naszej sali, jednak bez dziecka. pani urodziła w 36 tygodniu ciąży, a jej córka miała tylko 2 kg, więc została zabrana na oddział intensywnej terapii noworodka.
O 9 przyjechał mąż, a młody jak tylko go wyczuł poszedł spać :) dał wycisk matce, a przy ojcu od razu się uspokajał :P Poszłam wziąć pierwszy prysznic po porodzie. Czułam się po nim jak nowonarodzona! :) Prysznic musiał być letni, nie wolno brać ciepłego ze względu na ryzyko krwawienia. Kilka minut później przyszedł obchód lekarzy. Wśród nich była Pani neonatolog, która badała młodego po urodzeniu. Wtedy dowiedziałam się, że Jasiek urodził się w trochę gorszym stanie niż inne noworodki i miał podawany tlen. Wtedy wiedziałam, ze słowa lekarza do położnej, że urodził się siny było o moim dziecku. Ponadto dostał 7 pkt w skali apgar ze względu na kolor skóry (0 na 2 pkt) oraz słabe oddychanie (1 na 2 pkt). W 3 minucie miał już 9 pkt, dostał po punkcie za kolor skóry i samodzielne oddychanie. Zastanawiałam się, czemu od razu mi o tym nie powiedziano, pani doktor powiedziała, że miałam ciężki poród i te informacje pogorszyły by mój stan.
Na dyżurze była pielęgniarka, nasza sąsiadka. Zapytała, czemu prosimy o mm, powiedziałam, że młody ma problem z chwyceniem piersi, pani powiedziała, że ma chwilę czasu i spróbujmy przystawić go. Po pół godzinie niesamowitego ryku nie było żadnego sukcesu. Nie pomogły nawet nakładki na sutki.
Wieczorem na obchodzie Pani doktor warzyła dzieci. Normą jest, że dziecko po porodzie traci około 10 % masy początkowej. Ale jakie było Nasze zdziwienie, gdy Jasiek zaraz po urodzeniu ważył 3320 gram, a na drugi dzień...3500 gram :D Lekarz była w szoku, my również, jednak nie mogliśmy z tym już nic zrobić, wszelkie papiery i dane urodzeniowe poszły do urzędu. Także tak na prawdę nigdy nie dowiemy się, ile na prawdę ważył Jasiek po urodzeniu, podejrzewamy że było to około 3600 gram.
Druga noc w szpitalu była tragiczna. Gdy mąż o 23 zamknął za sobą drzwi młody zaczął strasznie płakać. Nakarmiłam go mm i myślałam, że ładnie zaśnie. Nic bardziej mylnego, płakał dalej. Było mi głupio, że inne dzieci tak ładnie śpią, a mój krzyczy w niebogłosy i co ze mnie za matka co nie potrafi go uspokoić. Około 1 młody zasnął i spal do 3. Później powtórka z rozrywki. Nakarmienie nic nie dało a płakał tak głośno, że pielęgniarka poprosiła, abym dała jej Jaska do siebie, a żebym ja sama położyła się spać. Oddała dziecko po około godzinie, okazało się, że miał straszne gazy, dlatego płakał. Pielęgniarka pokazała jak należy masować brzuszek aby pomóc młodemu ulżyć w bólu na przyszłość. Młody spał spokojnie do z przerwami na karmienie już cała noc. Ja niestety co trzy godziny chodziłam do położnej po środki przeciwbólowe, miałam je na prośbę wydawane, ze względu na ból po porodzie.
O godzinie 9 przyjechał mąż. Trochę porozmawialiśmy, zdrzemnęłam się i była juz godzina 13. Ze względu na ciężki poród Jasiek tego dnia miał wykonane usg głowy. Na badanie pojechałam razem z nim. Gdy usłyszałam, że ma dwie torbielki mój świat się załamał. Wróciłam do sali z płaczem. Mąż poszedł na obiad, nie mogłam podzielić z nikim moich trosk. Nie powinnam tego robić, ale włączyłam google i wpisałam hasło: torbiel w głowie noworodka. Jednak opinie które znalazłam uspokoiły mnie. Podobno większość noworodków ma torbiele w głowie, ale że nie każde ma zlecane usg głowy, rodzice nawet o tym nie wiedzą, a torbielki z czasem wchłaniają się. Przestałam płakać, przyszedł mój mąż a ja natychmiast poszłam do neonatologa żeby dowiedzieć się więcej. Lekarz powiedział mi to samo co przeczytałam w internecie, że torbiele będą do kontroli ale zapewne z czasem wchłoną się. Ważne jest, aby nie rosły.
Kolejne próby przystawiania młodego do piersi kończyły się porażką i nakarmieniem mm. Jednak ważne jest, że próbowałam i się nie poddawałam.
Po południu pojechaliśmy z Jaśkiem na badanie serca ze względu na usłyszane przez lekarza szmery w serduszku. Akurat wiedziałam, że szmery to dość popularny problem zdrowotny wśród noworodków i nie zdenerwowałam się tym aż tak bardzo. na usg serca pani Kardiolog powiedziała, że z sercem i układem krwionośnym jest wszystko w porządku i szmery powinny zaniknąć, jednak trzeba będzie to kontrolować.
Postanowiłam co cokolwiek zrobić, aby polepszyć sprawę z karmieniem. W torbie miałam laktator ręczny. Postanowiłam go zacząć używać, na pewno nie zaszkodziło by mi to a dodatkowo pomogło w pobudzeniu laktacji. Jakie było moje zdziwienie, że w buteleczce pojawiło się mleko :) małe ilości, ale po raz pierwszy poczułam, że karmienie piersią może mi się udać. Od tej pory nie prosiłam już o mm, tylko ściągałam swój pokarm i podawałam butelką.
Wieczorem Jaśkowi zbadano słuch przy pomocy sprzętu WOŚP. Badanie wyszło dobrze. Lekarza zaniepokoiło, że Jasiek ma żółty odcień skóry. Sąsiadka trochę mnie postraszyła, że jeżeli młody będzie miał wysoka bilirubinę to pewnie zostaniemy jeszcze trzy dni w szpitalu. Dla mnie to tragedia, zwłaszcza, że miałam przed oczami wizję plączącego Jaśka i mnie, obolałą, nie mogącą usiąść i uspokoić swojego dziecka.
Wieczorny "mój" obchód wykazał, że niestety, ale dalej jestem opuchnięta i sina. Mogło to się utrzymywać nawet tydzień po porodzie, a ból nawet przez 5-6 tygodni.
O 23 mąż pojechał do domu i zaczęła się powtórka z rozrywki. Młody płakał, jednak udało mi się go uspokoić i do godziny 3 mieliśmy spokój. O 3 to samo do godziny 5. Oczywiście co trzy godziny musiałam brać paracetamol, inaczej nie mogła bym ani spać ani chodzić.
Przy porannym obchodzie Jasiek miał pobrana krew aby zobaczyć co z ta bilirubiną. Ponadto było już 48 godzin po porodzie więc pobrano krew ze stopy młodego pod kątem patologii wrodzonej niedoczynności tarczycy, mukowiscydozy oraz fenyloketonurii.
Po obchodzie pojechaliśmy z Jaśkiem na usg brzuszka. Wszystko było w porządku więc nie pozostało Nam nic innego jak czekanie na wyniki bilirubiny. Ja już psychicznie nastawiłam się, że zostajemy jeszcze na kilka dni w szpitalu. Zadzwoniłam nawet do mamy, żeby przyszła w dzień posiedzieć z Jaśkiem, a w nocy mąż ze mną zostanie. Jak mogliście zauważyć, nikt prócz męża nie odwiedzał mnie w szpitalu. Dlaczego? Nie chciałam. Czułam się fatalnie, wszystko mnie bolało i nie miałam ochoty na odwiedziny. Więc jak zadzwoniłam do mamy, żeby przyjechała chciała się z pracy zwolnić żeby szybko do Nas przyjechać :D
O godzinie 12.30 przyszedł do Nas neonatolog z informacją, że możemy się zbierać do domku. Ale byłam szczęśliwa! Bilirubina była dość wysoka, jednak jak nieoficjalnie się dowiedzieliśmy, brakowało miejsc na salach więc tylko to zaważyło na wypisaniu Nas ze szpitala.
Czy to była słuszna decyzja lekarzy? O tym przeczytacie w kolejnych postach :)
Pobyt w szpitalu nie wspominam jako piękne chwile. Nie był to baby blues, bo w domu byłam taka szczęśliwa, że wyszliśmy już ze szpitala, że Jasiek pomimo ciężkich nocy był dla mnie największym szczęściem :)
niedziela, 11 marca 2018
Moja historia porodu
4 sierpnia o godzinie 10:45 trafiłam na salę porodową. Chwilę później przyszła pielęgniarka, zapytała, czy chcę mieć wykonaną lewatywę. Zgodziłam się, tak doradzała Nam położna na szkole rodzenia i szczerze powiem, że bardzo ciesze się, że miałam ją zrobioną :) przy dużym wysiłku różne rzeczy mogły się zdarzyć :P Po całej akcji z lewatywą pielęgniarka zaprosiła mnie do łóżka i założyła wenflon, przez który miałam mieć podaną kroplówkę z oksytocyną. Miałam również zalecenie, aby co godzinę mierzyć poziom glukozy we krwi i wynik podawać pielęgniarkom bądź położnym. Około 11:30 przyszedł mąż, lekko blady i ze wszystkimi torbami :)
Położna pojawiła się zaraz po moim mężu i zapytała, czy czuje jakieś skurcze. Musiałam się mocno skupić, żeby co cokolwiek czuć. Skurcze były bardzo słabe i nieregularne. Zatem została podkręcona dawka oksytocyny.
Około 13:20 przyszedł mój lekarz prowadzący zapytać, co tam u Mnie słychać. Nie działo się za wiele, skurcze niby delikatne jakieś czułam, ale to na pewno nie było "to". Zbadał mnie i moje rozwarcie wynosiło już 6 cm. Byłam zadowolona że coś postępuje, nawet pomyślałam sobie, że tak rodzić to ja mogę :D Nic nie boli a akcja postępuje. Dostałam zalecenie, aby iść wziąć 30 minutowy prysznic. Pod prysznic mogłam wziąć ze sobą męża oczywiście ;) oraz piłkę. Po 10 minutach nogi mnie już strasznie bolały, więc usiadłam na piłce, a mąż polewał ciepłą wodą moje plecy, a dokładnie krzyż. Myślałam wtedy, że ta kąpiel jest bardzo pomocna, bo skurcze, które czułam przed nim zrobiły się tak delikatne, że ich nie czuję.
Okazało się, że akcja porodowa ustała. Podczas kąpieli oczywiście byłam odłączona od kroplówki, więc i przestała działać oksytocyna. Położna po raz kolejny mnie zbadała, rozwarcie nic się nie powiększyło. Ponadto miałam bardzo niski poziom glukozy we krwi, wraz z powiększona dawka oksytocyny podano mi glukozę. Żeby grawitacja pomogła w przyspieszeniu porodu, usiadłam na piłce.
Około godziny 16:00 po raz kolejny przyszła położna. Poprosiła, abym się położyła żeby zobaczyć, czy coś się zmieniło. Śmiałam się, że siedzę już tutaj tyle godzin, a obok mnie jedna za druga Panie rodziły i niesamowicie krzyczały, a mnie to nic nie boli. Tak, śmiałam się, ale jak się okazało, tylko jeszcze przez chwilkę.
Położna zapytała, czy chce przyspieszyć poród czy leżeć na sali do jutra. Oczywiście, że chciałam mieć to już wszystko za sobą! Zapytała, czy wyrażam zgodę na przebicie wód płodowych, wtedy raz dwa urodzę. Powiedziałam, że oczywiście. Minute później było już po sprawie, poczułam ciepło i bardzo dużo wody, która ze mnie wypływała jeszcze długi czas. Nie spodziewałam się takiego uczucia i chyba trochę ze strachu przed nieznanym...popłakałam się. Ale nie tak, że mi popłynęła po cichu łezka. Szlochałam jak szalona, nie mogłam się uspokoić.
Po chwili poczułam ogromny ból w dole brzucha. Ból, jakiego nigdy nie odczułam nawet podczas najgorszych miesiączek. Od razu przestałam płakać. Podczas skurczy miałam głęboko oddychać, aby dziecko dostawało jak najwięcej tlenu. Spojrzałam na zegarek, była godzina 16:30. Parę skurczy później poprosiłam o gaz rozweselający. Oddychałam przy jego pomocy około 20 minut. Gaz nie łagodzi bólu. Powoduje, że kobieta skupia się na oddychaniu i ból schodzi na drugi plan. Po 20 minutach położna zdecydowała, że rezygnujemy z gazu. Wiecie, że musiała mi wyszarpać z rąk maskę bo nie chciałam jej oddać? :P Byłam przerażona, co ja będę ze sobą robić podczas tak silnych skurczy.
Po zabraniu gazu położna zbadała mnie. Miałam 8 cm rozwarcia. Próbowała wykonać mi masaż szyjki, po kilku sekundach błagałam ją, aby wyjęła rękę. Ten ból w porównaniu do skurczy był okropny. Nawet w dalszym etapie porodu nie bolało nic tak samo jak ten masaż. Położna rękę wyjęła, jednak powiedziała, że taki masaż zdecydowanie przyspieszył by poród. Po raz kolejny poziom glukozy we krwi miałam niski więc dostałam druga dawkę glukozy.
Około 17:30 poczułam, że muszę do toalety i to nie na siusiu. Zapytałam położnej, czy mnie puści, ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że mnie zbada i powie czy mogę iść czy nie. Badanie wykazało, że mam pełne rozwarcie i zaczęły się skurcze parte. Także zamiast do łazienki, zaczęłam przeć.
Powiem Wam, że na początku nie wiedziałam jak przeć, a ból w skali do 10 miał 100 punktów :P Po 20 minutach i krzyknięciu, że ja już nie chcę rodzić (:D) nauczyłam się, jak przeć. Zauważyłam, że skurcze nie są tak bolesne, gdy mocno prę. Minęła godzina 18:30 a już po raz kolejny słyszałam, że jeszcze kilka razy i bobas będzie z nami na świecie. Byłam tak zmęczona ale jednocześnie zmotywowana, żeby zakończyć już poród, że parłam dalej na 100 %. W międzyczasie podkręcono dawkę oksytocyny na maxa.
O godzinie 18:45 przyszedł mój lekarz prowadzący i został już do końca. Położna stwierdziła, że ja do 19:00 MUSZĘ urodzić. Muszę, bo ona się umówiła, że po pracy odbierze męża i pojada na zakupy :D Taki śmieszek z niej ;) o godzinie 18:50 na sali pojawiło się chyba z 8 osób, o 19:00 w Naszym szpitalu jest zmiana personelu więc nowa zmiana czekała już na podmiankę. Z jednej strony motywował mnie mąż, że już blisko, ze dam radę, że jeszcze dwa razy i Jasiek będzie z nami, a z drugiej lekarz trzymał mnie za rękę i mówił, że super sobie radzę. Powiem Wam, że gdyby nie mój mąż, to ja nie wiem jak bym urodziła, ale o porodzie rodzinnym chce napisać oddzielny post :)
O godzinie 19:00 na sali pojawił się inny lekarz, aby mój poszedł i mu pomógł w cesarce. Mój jednak powiedział, że pomaga w porodzie swojej pierworódce, więc nie może w tej chwili ode mnie odejść. Na to tamten lekarz stwierdził, że pomoże mu przy odbieraniu porodu i później "ogarnięciu mnie" wraz ze swoim całym zespołem. Więc na sali było już 15 osób :D Szczerze, było mi wszystko jedno, mógł być tam i sam prezydent, chciałam już tylko urodzić. Przy kolejnym skurczy usłyszałam tylko komentarz: "ona zaraz pęknie", na co mój lekarz mówił, że nie, że dam radę. Niestety, dwa skurcze później poczułam bolesne pieczenie, domyślałam się, ze miałam nacinane krocze.
Około 19:10 lekarz obiecywał mi, że za max 10 minut dziecko będzie już ze mną. Mąż tylko mi powiedział, że widać już główkę, że to już koniec. Położna i reszta załogi tak mi dopingowali, że po dwóch skurczach Jasiek był już z Nami!
Jak mogę opisać to uczucie? Po prawie 2 godzinach parcia nic do mnie nie docierało. Żadne słowa położnej, neonatolog, która mówiła coś na głos ani lekarza. Byłam tak wyczerpana, że mąż myślał, że zemdlałam. A ja marzyłam tylko o tym, aby położyć się spać i cokolwiek zjeść. Byłam przeokrutnie głodna i senna. Nie wiedziałam tylko, co chce zrobić najpierw, czy zasnąć, czy zjeść :P
W międzyczasie przyłożono młodego kontaktem "skóra do skóry", na kilka sekund. Pytałam męża, ile Jasiek waży i ma centymetrów. Trzy razy mi powtarzał i nie mogłam zapamiętać. Zapamiętałam chyba dopiero jak świeżo upieczony tatuś dzwonił z radosną informacją do dziadków.
Lekarz powiedział, że teraz pora urodzić łożysko. Jednak "urodzić" było tu słowem nie ma miejscu, bo nawet nie wiedziałam, że jest już po fakcie :) Następnie zostało mi znieczulone krocze i lekarz wziął się za zszywanie. W tym momencie pamiętam, jak strasznie się trzęsłam. Trzęsłam się tak, że nie mogłam opanować drgawek na całym ciele. Aż lekarz poprosił mnie chociaż o chwilowe powstrzymanie ich, nie wiedziałam, czy to od zimna czy od tak dużego wysiłku. W trakcie zszywania poproszono, aby mój mąż wziął ubranka dla młodego (Ewelina, a co to jest kaftanik? :D) i poszedł razem z nią do dziecka. Pierwszy raz rodziłam i nie wiedziałam, co się dzieje z dzieckiem zaraz po porodzie. Teraz już wiem, że jeśli jest wszystko w porządku to dziecko jest ciągle przy matce. Wtedy o tym nie myślałam, chciałam, aby mąż był ciągle przy mnie, czułam się przy nim bezpiecznie. Jednak dziecko ważniejsze i na sali zostałam sama z lekarzem i nową położną.
Po zszyciu położna poprosiła, abym przeniosła się na inne łóżko. Nie czułam nóg, w sumie to ona mnie przeciągnęła na to łóżko, okryła kołdrą bo drgawki dalej nie ustępowały i przewiozła ze wszystkimi torbami na salę poporodową.
Leżąc tam zastanawiałam się, gdzie jest moje dziecko i mąż. Pani położna przykładała mi lód do krocza, miałam je sine i opuchnięte. Pomogła założyć majtki i podpaskę. Powiedziała, że jak by co mam krzyczeć i ona mi we wszystkim pomoże.
Minęło 10 minut w samotności. Na korytarzu usłyszałam tylko: ja nie wiem czemu urodził się siny, przecież monitorowaliśmy tętno przez cały poród. Pomyślałam: czy to o mnie mowa? W międzyczasie żadna inna kobieta nie rodziła. Byłam przerażona, gdzie jest mój mąż i moje dziecko?
Co działo się dalej? Zapraszam do kolejnego postu, gdzie opiszę cały pobyt w szpitalu :)
piątek, 9 marca 2018
Pobyt w szpitalu przed porodem
Na dyżurze był mój lekarz prowadzący więc miałam nadzieję, ze to właśnie on przyjdzie z oddziału. No niestety, przyszła pani doktor. Zaprosiła mnie na fotel i....zbadała. Było to bardzo bolesne badanie, nigdy w życiu mój lekarz prowadzący nie badał mnie z taką siłą! Ból był tak silny, że byłam cała spięta, a od lekarki usłyszałam: ojej a co będzie jak ja będę rodzić? Ponadto stwierdziła, że "po co ja się pojawiłam w szpitalu, jak ja nie mam nawet rozwarcia". Hola hola, jak nie mam rozwarcia, jak dwa tygodnie temu miałam już 2 cm? Cofnęło mi się czy co? Nic nie powiedziałam, chciałam tylko trafić na oddział, gdzie mogłam porozmawiać ze swoim lekarzem.
Pani położna odprowadziła mnie na oddział, na sali byłam sama. I dobrze i źle. Mogłam swobodnie czuć się w sali, jednak nie mogłam się do nikogo odezwać. O godzinie 11 mój lekarz prowadzący zaprosił mnie na usg. Z młodym było wszystko w porządku, jednak według lekarza osiągnął już wagę 3850 gram. Lekarz powiedział, że porozmawia z innymi lekarzami i ustalą, kiedy mam mieć wywoływany poród. Wróciłam na sale i z niecierpliwością czekałam na informację co ze mną. Tv oczywiście w szpitalu płatne ale stwierdziłam, że skorzystam z darmowego (!) Wifi i tak do godziny 15 przeleżałam oglądając rożne filmiki na yt. Och nie wspomniałam, do szpitala miałam zgłosić się na czczo, żeby można było mi pobrać krew do różnych badań. Miałam ponowne wykonane badanie na HIV oraz standardową morfologię. O godzinie 13 wypatrywałam z utęsknieniem na szpitalny obiad (jak kolwiek to brzmi :D), byłam okropnie głodna! W plecaku były spakowane bułki maślane, dla męża na czas porodu, jednak ja sobie możecie wyobrazić do końca dnia trochę ich ubyło :P O godzinie 17 zostałam przeniesiona do sali obok, trafiłam na super wygadaną panią :) Powiedziała mi, ze około godziny 18 będziemy mieć robione KTG a między 19.30 a 20.00 mamy mierzyć ruchy dziecka. Około 21.00 pojawił się u Nas obchód - lekarz, położna i kilkoro studentów. Oczywiście niczego się nie dowiedziałam co w mojej sprawie, bo "oni dopiero co zaczęli pracę a w karcie nie ma informacji o porodzie". Mąż wieczorem dowiózł nam wiatrak, było tak duszno, że nie mogłam spać. Także spędziłam pierwsza noc w szpitalu. Była tragiczna.
Rano, nawet bardzo rano, bo o godzinie 5.00 do sali weszła położna, zapaliła wszelkie światła, zmierzyła Nam ciśnienie krwi oraz temperaturę. Oczywiście rozbudziła Nam do tego stopnia, że nie mogłyśmy już później zasnąć. O godzinie 8 miałyśmy podłączone KTG i miałyśmy liczyć ruchy dziecka. Po godzinie 9 do sali przyszedł lekarz z obchodem więc zapytałam się, co ze mną. Powiem szczerze że czułam się w szpitalu tragicznie pod względem psychicznym. Stwierdziłam, że skoro z dzieckiem i ze mną jest wszystko w porządku, a nie mają zamiaru "coś ze mną zrobić" to wypisuję się na żądanie, przynajmniej weekend spędzę we własnym wygodnym łóżku. Lekarz powiedział, że zaraz po obchodzie położna zawoła mnie na badanie i tak ustalimy co dalej.
Szłam na to badanie z "bojowym zadaniem", aby coś w mojej sprawie zadecydowali, albo idę do domu :D Lekarz zaprosił mnie na fotel, uprzedził, że badanie może być nie przyjemne, jednak w porównaniu z tym, co działo się dzień wcześniej, był to pikuś. Lekarz stwierdził, że mam...4 cm rozwarcia! Od razu inaczej na mnie spojrzał, zwłaszcza, że dzień wcześniej miałam niby zerowe rozwarcie. Zapytał wprost, po co pojawiłam się wcześniej w szpitalu. Powiedziałam, ze miałam mieć wywoływany poród ze względu na przypuszczenie, że dziecko jest duże a ja mam cukrzycę ciążową. Pielęgniarka sprawdziła kalendarz, niestety "wolny" termin był aż na poniedziałek. Miałam już przed oczami wizje leżenia przez cały weekend na oddziale i "płakania do poduszki", jednak lekarz powiedział, żebym chwilkę poczekała, on musi coś sprawdzić. Wyszedł z pokoju a w tym czasie studentka, na którą wyraziłam zgodę zapytała, czy sprawdzić moje rozwarcie, stwierdziłam, że w sumie na kimś musza się uczyć, ale pani była bardzo delikatna więc cieszyłam się, że w sumie jej pozwoliłam na naukę :)
Po około trzech minutach wrócił lekarz i z uśmiechem na twarzy powiedział: urodzi Pani dzisiaj! Nie wiedziałam co powiedzieć, z jednej strony cieszyłam się, że wyjdę ze szpitala z dzieckiem a z drugiem obawiałam się porodu. Wyraziłam zgodę na podanie oksytocyny, podpisałam papiery i miałam być gotowa na przejazd na porodówkę za 10 minut. Zapytałam, czy mogę już po męża dzwonić, położna z uśmiechem stwierdziła, że jest dużo za wcześnie, ale jeśli chcę aby mąż ze mną czekał na rozwój wydarzeń, mogę po niego dzwonić. Mąż myślał, że już i teraz rodzę, chyba trochę spanikował bo dopytywał się milion razy gdzie ma iść i czy coś ma wziąć :P przysłano po mnie "bardzo przyjemną" pielęgniarkę, która stwierdziła, a raczej z wyrzutem egzystencji stwierdziła, że ona :żadnej torby mi nie weźmie, mam sama sobie wziąć jedna torbę "najpilniejszą".
Co działo się dalej? Dowiecie się w kolejnym poście o porodzie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


